czwartek, 7 lutego 2013

11.

Cześć, wróciłam po dłuuuuuuuugaśnej przerwie~~ I nie wiem, czy następny part ukaże się szybko, czy też nie, to się okaże. Ale czekajcie, bo na bank się pojawi ^.^
_________________________________________________


Błogi spokój ogarnia jego serce. 


Od dłuższego momentu uśmiechał się sam do siebie i wpatrywał się w krople deszczu, które jedna po drugiej spływały po okiennej szybie. Po raz pierwszy od dłuższego czasu nie czuł na sobie żadnego przytłaczającego ciężaru, który do tej pory tak bardzo go paraliżował. Przepełniał go spokój; łagodny spokój znękanej duszy sprawiał, że kąciki warg samoistnie unosiły się ku górze, a po głowie krążyły same dobre myśli. Zastanawiał się, jak długo potrwa ten stan i żywił głęboką nadzieję, że tamten zły czas, który dotyczył go jeszcze parę chwil temu odszedł już na dobre, a on w końcu będzie mógł cieszyć się wszystkim, co go spotka. Może nie od razu i nie aż tak intensywnie, ale chociaż odrobinkę. Tak na początek… i że w końcu normalność nabierze nowego, lepszego znaczenia i nie będzie taka, jaką była do tej pory. 
Po chwili odszedł od okna i z impetem rzucił się na łóżko, przygarniając do siebie kota oraz ulubioną poduszkę. 
Ziewał głośno raz po raz, nie siląc się nawet na to, by zasłonić sobie usta dłonią, skoro i tak nikt go nie widzi, umościł się wygodnie pod kołdrą. Mimo wszystko jego organizm domagał się nadrobienia nieprzespanych tej nocy, godzin, zupełnie już odzwyczajony od nieregularnego trybu życia, jaki prowadził jeszcze rok wcześniej. 
Zanim na dobre pozwolił swoim powiekom opaść, przeszło mu przez myśl, że już niedługo będzie musiał powrotem przyzwyczaić się do deficytu snu i z jakiegoś powodu był tym odrobinę podekscytowany. Potem jednak pozwolił sobie odpłynąć i zwyczajnie spać, nie budząc się co kilka minut ani nie otwierać nagle oczu, wystraszonych nocnym koszmarem. 
Spać jak dziecko, zmęczone całym dniem i gotowe nabrać sił na kolejny. 




Choć wcale nie uspokaja najbliższych. 


„Hyung… te tabletki tutaj to był przypadek, prowokacja, a może… może jeszcze coś innego?” 

- Wytłumacz mi to, Heechul – poważny, niski i wrogo brzmiący głos Jungsu kazał mu przerwać grę i obejrzeć się za siebie po to, by natrafić na ciemne, wypełnione przeróżnymi negatywnymi emocjami, tęczówki przyjaciela a potem na wyciągniętą w jego kierunku dłoń, ściskającą miętową karteczkę samoprzylepną. Westchnął przeciągle, zbierając w sobie całą odwagę i powtarzając sobie w myślach, żeby nie stracić panowania nad sobą oraz by nie zapominać o uśmiechu. Być może wtedy lider nieco złagodnieje i nie będzie miał tak przerażająco zatroskanej i złej miny, jaką miał w tym momencie. 
- Ale tu nie ma co tłumaczyć – odpowiedział spokojnie i bez cienia arogancji w głosie. Musiał być ostrożny, inaczej za parę chwil może powstać ogromny konflikt. 
- Nie ma, Heechul? Naprawdę uważasz, że to, co mi napisałeś na tym kawałku papieru jest dla mnie zupełnie jasne i nie mam czego interpretować? – Leeteuk usiadł na podłodze obok charakterystycznej, różowej pufy, którą zajmował jego rozmówca. 
- Naprawdę tak uważam – potwierdził, przesuwając dłonią po brązowych włosach. – To raczej ja powinienem żądać odpowiedzi od ciebie, nie sądzisz? – uśmiechnął się chłodno tak, że Jungsu przeszył pojedynczy dreszcz. Nawet teraz, po tylu latach znajomości, niektóre oblicza Kim Heechula wciąż wywoływały w nim niepokój. 
- Ode mnie? Niby dlaczego? – zerknął na karteczkę. – Sądziłem, że to pytania retoryczne… Potwornie wkurwiające, ale jednak retoryczne. 
- Tak ogólnie rzecz biorąc, masz rację. Ale… i tak chciałbym znać odpowiedź – Heechul przymknął oczy, zbierając w sobie siły do podtrzymania spokojnego uśmiechu. – Czy to był przypadek, że te tabletki znalazły się w tej samej szafce? Czy może… - zamilkł na chwilę, lecz zaraz kontynuował, jednak jego głos nabrał nieco nieprzyjemnej, ciężkiej w wyrazie, głębi – celowo chciałeś sprawdzić moją wytrzymałość na taki bodziec i moje samozaparcie? 
Starszy mężczyzna spojrzał na młodszego z cieniem niedowierzania w oczach. 
- Nie ufasz mi…? Uważasz, że byłbym zdolny posunąć się do takiej metody, żeby sprawdzić, czy moje obawy i przypuszczenia są prawdą? Ryzykować twoje życie? 
- Hyung, ja nie ufam nawet sobie, więc jak mógłbym zaufać drugiemu człowiekowi? Nawet, jeśli ten drugi człowiek to ty… 
- I właśnie to mnie martwi. Nie ufasz nikomu, więc nikt nie wie, z czym tak naprawdę masz problem, bo ewidentnie jakiś istnieje. Uwierz w nas, Heechul. Przecież pomożemy ci, jeśli coś jest nie tak. 
Heenim spojrzał na niego łagodnie. 
- Już nie trzeba, hyung. Już wszystko jest w porządku – wypowiadając te słowa miał ogromną nadzieję, że jest tak w rzeczywistości i że od teraz już nic nie będzie niepokoić i jego, i innych – ale… - skrzywił się nagle i kilka razy pociągnął nosem. 
- Ale co? 
- Ktoś próbuje właśnie puścić naszą kuchnię z dymem… 
Leeteuk zerwał się z miejsca. 
- Jasna cholera, mój sos do spaghetti! – krzyknął tylko, zanim w panice wybiegł z pokoju.. 

Wrócił jakiś czas później, tym razem pojawiając się jednak z uśmiechem na ustach. 
- Zjesz z nami?- zapytał wesoło, po czym mina nieco mu zrzedła – to chyba ostatni posiłek, jaki wam przygotowuję, zanim sobie pójdę. Na następny będziesz musiał czekać dwa lata! – zakończył, grożąc mu palcem. 
- Zaraz tam będę. 




Płaczący kontynuuje pisanie listów.


Huh, tak jak myślałem, znów do Ciebie piszę. I po raz kolejny od tak, bez żadnego konkretnego powodu. Może po prostu potrzebuję raz na jakiś czas przelać na papier wszystkie dziwności, jakie w sobie trzymam i wysłać gdzieś w świat…?

Zastanawiam się, czy kiedykolwiek zdarzyło Ci się stanąć przed świadomym wyborem między kontynuowaniem życia a przerwaniem go? Mam nadzieję, że nie, bo to w gruncie rzeczy bardzo nieprzyjemna sprawa – kiedy masz możliwość i nawet gdy siedzi w tobie jakaś taka dzika, niekiełznana chęć zakończenia wszystkiego na tym świecie raz na zawsze… Kilka dni temu stanąłem przed takim wyborem i jak widzisz, zdecydowałem się jeszcze trochę sobie po tej Ziemi pochodzić .Obym nie żałował potem tej decyzji i oby w moim głupim mózgu wszystko było już ładnie poukładane. 

Ale wiesz, co? Przypomniało mi się właśnie, że kiedyś… No, załóżmy, że słyszałem, jak ktoś mówi o pozbawieniu się życia… rany, jaki ja bywałem wtedy wściekły! Niezależnie od tego czy znałem tę osobę, czy też nie, potrafiłem podejść do niej i wygarnąć jej głupie myślenie. A teraz co…? Sam byłem jednym z tamtych ludzi. Ale nawet teraz gdybym osobiście spotkał kogoś kto by mi coś takiego powiedział… myślę, że moja reakcja niewiele by się różniła od tamtej. To dopiero hipokryzja… No, ale tacy już chyba są ludzie. Mówią jedno, myślą drugie, a robią jeszcze coś zupełnie innego. Albo to tylko ja ostatnio jestem tak podzielony w sobie. 

To chyba wszystko, trzymaj się,



PS – w kopercie powinnaś mieć taką małą karteczkę. Jest na niej adres, na który możesz odpisać. To adres przyjaciela. Tak tylko mówię.




A przyjaciel spędza czas, myśląc o nim. 


Eunhyuk nie powiedział nikomu o tym, czego był świadkiem. Stwierdził, że nie ma ku temu większych powodów i lepiej nie wywoływać niepotrzebnego zamieszania, które z pewnością by powstało, gdyby ktokolwiek się o tym dowiedział. Nie oznaczało to jednak zupełnej bezczynności w stosunku do jego starszego kolegi, a wręcz przeciwnie- obserwował go jeszcze uważniej niż wcześniej.
Koniec końców lider i tak się wszystkiego domyślił. Co wcale nie oznaczało, że Hyukjae podzielił się z nim szczegółami tamtego poranka. Zachował je w tajemnicy. Szczególnie, że zauważył zmianę w zachowaniu Heechula – co prawda niewielką, ale pokładał w niej ogromne nadzieję na to, iż wszystko wróci do normy na tyle, na ile do normy wrócić może. Cieszył się widząc, jak hyung powoli wychodzi ze swojego niedostępnego świata, wypełnionego lękami i próbuje beztrosko cieszyć się z kolejnych dni.
Lecz tak naprawdę, gdzieś w głębi serca, Eunhyuk bał się, że to wszystko wróci. Wiedział, że prawdopodobnie tak się stanie, jeśli jego przypuszczenia co do stanu Hee są prawdą. Błagał jednak niebiosa, żeby stało się jak najpóźniej i tylko wtedy gdy wszyscy będą gotowi rzucić się mu na ratunek, co właściwie będzie oznaczać wielką wojnę z Kim Heechulem…




Płaczący mężczyzna otrzymuje… 


- Heechul, dlaczego na mój adres przyszedł jakiś dziwny list do ciebie?- zapytał manager hyung, siadając przy kuchennym stole i czekając aż Kangin przygotuje się do wyjścia.
- Do mnie? Dlaczego? – mężczyzna zmarszczył brwi. – Nikomu nie podawałem twojego adre… - zamilkł nagle, wpatrując się w hyunga z zaskoczeniem i odrobiną radości malującymi się na twarzy. – Czekaj, hyung. Zza granicy?
- Tak – potwierdził manager, przyglądając mu się z zaciekawieniem.
- Zapomniałem ci powiedzieć, sorry sorry. Ale czuję, że taki list przyjdzie do ciebie jeszcze nie raz – Heenim odebrał kopertę i niemal popędził do swojego pokoju, by przeczytać, co też ta jego fanka ma mu ciekawego do powiedzenia.




… odpowiedzi. 


Heenim, Tak jak pisałeś w pierwszym liście… fakt, że na kopercie znalazł się mój adres to zwyczajna pomyłka. Spieszyłam się, kiedy wkładałam list do koperty… w efekcie moja przyjaciółka otrzymałaby kartkę urodzinową w kopercie z napisem „To Heenim”, ale w porę się zorientowałam. Bardzo przyjemna pomyłka, nie uważasz? 
Wcale nie musiałeś pisać, że nie czytałeś tego, co napisałam. Domyśliłam się tego po samej treści Twoich listów. Myślę, że inaczej byś do mnie pisał, gdybyś to wcześniej zrobił. Ale, proszę, nie sięgaj już po to, co tam zawarłam. Lepiej będzie (chociaż nie wiem czy dla mnie, czy bardziej dla Ciebie), jeśli tego nie zrobisz i nasza korespondencja, jeśli takowa potrwa dłużej, będzie toczyć się normalnym tonem… wtedy i tak się wszystkiego dowiesz. 
Och… wciąż nie wierzę, że Ci odpisuję i że Ty to przeczytasz… tak, to zdecydowanie dziwne, że idol koresponduje ze swoją fanką, prawdopodobnie w tajemnicy przed całym światem, ale… nie wiem, wydaje mi się to być bardzo w Twoim stylu i nic nie poradzę na to, że tak właśnie uważam. Poza tym nie martw się, nikomu nie powiedziałam o tym, że Twoje listy do mnie przychodzą ani o tym, że dostałam adres, na który mogę słać swoje odpowiedzi. Nie myśl jednak, że zrobiłam to wyłącznie dlatego, żeby chronić Twoją (i swoją przy okazji też) prywatność. Nie. Ja po prostu nie miałabym komu tego przekazać, ale o tym napiszę Ci może kiedy indziej, jeśli nadarzy się okazja. 
Bardzo mi przykro z powodu choroby mamy. Mam nadzieję, że to naprawdę nic poważnego i szybko wróci do zdrowia – nie przejmuj się tym aż tak bardzo; póki nie możesz nic z tym zrobić, martwienie się na nic się nikomu nie zda, coś o tym wiem. 
No i… doskonale rozumiem to, co czujesz (czułeś? Bo chyba już to coś, co Cię męczyło, już sobie poszło, prawda? Zazdroszczę). I… tak, stanęłam kiedyś przed wyborem życia lub śmierci. I dokonałam wyboru. Trochę go odroczyłam w czasie, ale jednak… (tak, wydaje mi się, że dobrze zrozumiałeś moją aluzję. I pewnie jesteś zły. No cóż, masz prawo. Zresztą, jesteś ode mnie dużo silniejszy psychicznie, tak mi się wydaje…) 
Ach, wystarczy już mojego nawijania nie wiadomo, o czym. Mam nadzieję, że mimo wszystko cieszysz się z mojej odpowiedzi i… po cichu liczę na to, że nie przestaniesz do mnie pisać. 
Pozdrawiam, 
S. 




I jest zaintrygowany. 


Czuł się odrobinę skołowany. Cały ten list, mimo, że napisany był dość lekkim tonem, niósł za sobą coś niepokojąco ciężkiego. Nie wiedział tylko czy chodzi jedynie o niezwykle przykre wiadomości, które wyczytał tu i ówdzie, czy po prostu ta dziewczyna poruszyła w nim tę strunę, która powinna była wciąż pozostać milcząca.
Zastanawiał się, czy powinien się na nią złościć, ale po dłuższej chwili postanowił, że nie będzie jej osądzał, dopóki nie pozna wszystkich przyczyn, dla których jej myśli są takie a nie inne. Tak, naprawdę chciał poznać jej historię i może nawet wyciągnąć z niej wnioski dla siebie…?

wtorek, 20 listopada 2012

10.

Ach, miałam już napisaną inną wersję tej części i miałam już zakończyć tę historię... ale się rozmyśliłam. Jeszcze trochę się ze mną i z Hee pomęczcie~~
________________________________-


Mimo, iż gdzieś w pobliżu jest ktoś, komu na nim zależy… 




Miał dziwne przeczucie, że musi się pospieszyć i dotrzeć na miejsce w możliwie najkrótszym czasie. Niecierpliwie bębnił palcami w kierownicę, klnąc pod nosem na ogromny korek, jaki wytworzył się na moście za sprawą ciężarówki, która wywróciła się jakiś czas temu.
Niemal podskoczył w fotelu z radości, kiedy ponownie otwarto dodatkowy pas. Teraz mógł spokojnie dotrzeć na miejsce i zabrać to, czego potrzebował lider.
Lecz mimo wszystko odczuwał dziwny niepokój, który rósł w miarę zmniejszania się dystansu między nim a dormem. Coś było nie tak. Coś naprawdę było nie tak.
Hyukjae chciał przyspieszyć… ale, jak na złość, non stop zatrzymywało go czerwone światło, potęgując tym samym jego zdenerwowanie.
Zastanowił się przez moment, co też takiego może stać się z samego rana, kiedy w mieszkaniu znajduje się jedynie Heechul, który prawdopodobnie szuka teraz poleconej rzeczy.
I wtedy to do niego dotarło. Przerażająca myśl uderzyła w jego serce, rozprowadzając dreszcze po całym ciele.
Z hyungiem musi być coś nie tak. To musi być to.
Eunhyuk pokręcił głową, karcąc się cicho za głupie wymysły, jednak dziwne uczucie pewności nie chciało go opuścić.
Przyspieszył. Być może się mylił, być może z Heenimem było wszystko w porządku… ale musiał to sprawdzić osobiście.
Musiał jak najszybciej przekonać się, że przepracowany mózg wysyła mu dziwne obrazy, nie mające pokrycia w rzeczywistości.




On zdaje się tego nie rozumieć. 


- Hyukkie, jesteś już na miejscu…? – w słuchawce rozległ się dziwnie zaniepokojony głos Leeteuka.
- Nie, hyung, wciąż stoję w korku – pospieszył z wyjaśnieniami młodszy, ze złością wpatrując się w sznur samochodów przed nim. Dlaczego jest ich tak wiele o tej porze?! - coś się stało, że brzmisz tak… tak jakoś… - nie wiedział, jak ma zinterpretować ton lidera.
- Hyukjae, bądź tam najszybciej, jak się da… - mężczyzna po drugiej stronie zaczynał być roztrzęsiony – zapomniałem… Boże, ja kompletnie zapomniałem… - jąkał się przez moment.
- O czym?
- Ja… och, Hyukjae, Heechul jest ostatnio taki jakiś… że mu nie ufam w tej kwestii… jeśli on to znajdzie, to… Hyukjae, wydostałeś się już z tego korku?!
- Już prawie, hyung… ale co Heechul hyung miałby znaleźć, że brzmisz na aż tak zmartwionego?
Głos w słuchawce milczał przez moment.
- Moje tabletki nasenne, Hyukjae… tabletki. Całe opakowanie tabletek.
Eunhyuk na ułamek sekundy stracił panowanie nad kierownicą, po czym z jego ust popłynęło jedno krótkie przekleństwo.
- Hyukjae… on nie… nie, prawda?
- Mam nadzieję, że nie, hyung… ogromną nadzieję…




Płaczący mężczyzna… 


Malutka, biała, plastikowa buteleczka, a raczej to, co zawierała w środku, bardzo go pociągało. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w jej wnętrze, na oko oceniając ilość znajdujących się tam tabletek. Wyglądała na całkiem nową, widocznie Leeteuk walczył ostatnimi czasy z bezsennością, co też sugerował napis na ulotce przyklejonej do zewnętrznej strony przedmiotu.
Delikatnie oderwał kawałek papieru i zaczął czytać; na jego zmęczoną i przygnębioną twarz wpłynął delikatny uśmiech. Przelatywał wzrokiem po kolejnych sylabach, chociaż tak naprawdę doskonale znał treść zamieszczonych informacji. Wiedział, jak zażywać ten lek, by nie zrobić sobie krzywdy, ale znał też ich drugą, znacznie bardziej niebezpieczną wartość. Wiedział, że źle spożyte mogą spowodować ogromne zmiany w jego organizmie, a nawet… jeśli odpowiednio to zorganizować… mogą go zabić.
Ale nie muszą. Istniała szansa, że po prostu stanie się rośliną, niezdolną do samoistnego funkcjonowania.
Jednak, spoglądając na te niewielkie, półokrągłe tabletki, nie mógł powstrzymać się od dziwnego pragnienia wiecznego snu.




jest obserwowany przez dłuższy czas.


Eunhyuk w końcu wydostał się z okropnego korka i pędził przed siebie na złamanie karku, w uszach wciąż mając słowa zmartwionego Jungsu.
Z trudem skupiał się na drodze i na znakach, które nakazały mu choć odrobinę ograniczył prędkość.
Gdy dotarł na miejsce, niemal wypadł z samochodu i nie zamknąwszy nawet drzwi na klucz, pognał na górę. Miał już chwycić poręcz znajdującą się tuż przy schodach, jednak przemyślawszy szybko sprawę, wybrał jednak windę, która dotrze na odpowiednie piętro dużo szybciej niż jego własne nogi.
Mimo, iż dotarcie pod prawidłowe drzwi zajęło mniej niż dwie minuty, jemu wydawało się, że stracił całą wieczność.
Dłonie trzęsły mu się tak bardzo, że trzy razy pomylił kod w drzwiach; w końcu, dysząc bardziej z nerwów niż ze zmęczenia, w butach przemierzył korytarz.
Zajrzał najpierw do pokoju Heenima, ale oprócz wpatrującego się w niego Heebuma, w pomieszczeniu nie było nikogo. Heechul musiał być w takim razie u Leeteuka.
Chciał zawołać swojego hyunga, ale zamiast zawołania, z jego gardła wydobył się cichy głos, podobny do żabiego skrzeku.
Zauważył, że drzwi do pomieszczenia są uchylone na dość dużą szerokość.
Jego oczom ukazała się pochylona sylwetka trzydziestolatka, który trzymał w ręce białą, plastikową butelkę i wpatrywał się w nią tak, jakby… jakby planował coś niezwykle niegodziwego. Jego nieprzyjemny uśmiech zdawał się to dodatkowo podkreślać.
Hyukjae poruszył się, planując znienacka wpaść do środka i zaskoczyć Hee, ale coś go powstrzymało i kazało obserwować rozwój wydarzeń.
Musiał się upewnić, że jego przypuszczenia są prawdziwe i że nie myli tego spojrzenia z całkiem niewinnym. Bo mógłby przez przypadek, w nerwach, oskarżyć hyunga o coś, czego, być może, wcale nie planował uczynić. Jednakże musiał pozostać uważny i wkroczyć w odpowiednim momencie, w razie potrzeby powstrzymać go przed czymś idiotycznym.
Drgnął niespokojnie, gdy ujrzał, jak na dużą, delikatną dłoń Heechula powoli wysypuje się równie jasna jak jego skóra, zawartość butelki. Kilka tabletek odbiło się od pozostałych i upadło na podłodze, tonąc w miękkim dywanie. Mlecznoskóry wpatrywał się w nie łagodnie, oddychając bardzo powoli.
Hyuk w tym czasie bił się z myślami – nie wiedział czy czekać jeszcze przez moment, czy też wejść już teraz.
I kiedy podjął decyzję o tym, że jednak wejdzie do pokoju – decyzję popartą faktem, że dłoń hyunga uniosła się, prawie tak, jakby zamierzała za moment wsypać sobie wszystkie tabletki do gardła, to jednak w ostatniej chwili coś mu przeszkadzało.
Heechul wybuchnął śmiechem. Dzikim, nieopanowanym i bardzo nieprzyjemnie brzmiącym śmiechem, od którego Eunhyuk dostał dreszczy na całym ciele oraz spoglądał przez szparę w drzwiach z niemałym zaskoczeniem.
Głośny śmiech, który w którymś momencie przerodził się w histeryczny płacz.
Najważniejszy był jednak fakt, że tabletki, jedna po drugiej, lądowały z powrotem w pojemniku. Sam Hee wydawał się celebrować ten moment, śmiejąc się i płacząc jednocześnie oraz chowając buteleczkę z powrotem do szafki.
Hyukjae postanowił wycofać się i dać mu chwilę na uspokojenie emocji.
- Hyung, już jestem! – krzyknął z drugiego końca korytarza.




I w końcu podejmuje decyzję. 


Ostrożnie wysypał zawartość buteleczki na dłoń i uśmiechnął się delikatnie. Mógłby zrobić z niej użytek i ulżyć tej dziwnej, opanowującej jego umysł chęci połknięcia wszystkich tabletek na raz. Wtedy wszystko by się skończyło – jego niezrozumiała samotność, smutek, który wciąż wygodnie mościł się w jego sercu, jego ogromna niechęć i obojętność w stosunku do świata i ludzi, jego rosnącą nienawiść do muzyki, którą niegdyś kochał tak bardzo…
Ale czy to nie byłoby zbyt proste? Czy tego właśnie chciał? Poddać się właściwie bez walki? Czy tak właśnie postąpiłby wielki Kim Heechul, którego wszyscy podziwiali za niezłomność charakteru…? Co prawda on wcale nie był niezłomny, ale czy naprawdę chciał kończyć w ten sposób już teraz?
W sumie… dlaczego nie, dwa lata wstecz, po odejściu Hangenga… już wtedy zrodziła się w nim taka myśl, jednak wtedy był to rozpaczliwy ruch zmęczonego smutkiem i wypalonego stratą bliskiej osoby, człowieka. A teraz… teraz chciał to zrobić tak po prostu. Bo…
Bo miał wrażenie, że życie mu się znudziło. Tak po prostu, egoistycznie mu się znudziło. Bo nie chciał już być jego częścią, nie chciał cierpieć bez powodu, nie chciał więcej płakać, nie chciał bać się każdego kolejnego dnia i faktu, że może nie przytrafić mu się już nic dobrego…
Uniósł dłoń; i wtedy dotarło do niego, jak bardzo głupim posunięciem byłoby to, co jeszcze kilka minut wcześniej zamierzał zrobić. Jak dalekie w konsekwencjach mogłoby się to stać już nie tyle dla niego, co dla wszystkich innych… Poza tym, to przecież niczego nie rozwiąże… niczego…
Roześmiał się, jednak wydawało mu się, że to ktoś inny, ktoś z zewnątrz wyśmiewa się z jego głupoty. Że wyśmiewa jego szczeniackie, idiotyczne postępowanie, które mogło zniszczyć tak wiele.
Poczuł łzy na policzkach i pozwolił im płynąć swobodnie podczas, gdy on wrzucał tabletki do buteleczki i chował ją w szafce.
To była trudna, ale właściwa decyzja. Przynajmniej miał taką nadzieję.
Usłyszał nawoływanie Hyukjae, które tylko utwierdziło go w tym przekonaniu.




I przez chwilę czuje się nieco bardziej spokojnie. 


- Hyung, znalazłeś to pudełko? – Hyuk wsunął głowę do pokoju, uważnie przypatrując się twarzy Heechula, na której nie było już śladów łez. Wydawał się za to dziwnie spokojny.
- Wiadomo – podał mu pakunek. Młodszy podziękował i pamiętając, że nie może tracić czasu, chciał już wyjść z pomieszczenia, jednak powstrzymała go przed tym dłoń Heechula, która nagle zacisnęła się na jego nadgarstku. Drżąca, zimna dłoń zmusiła go do zmiany planów, przynajmniej na chwilkę. Obrócił się i spojrzał na Hee, który zasłonił oczy wolną ręką i po chwili przyciągnął dongsaenga do siebie, mocno go do siebie przytulając i wciąż nie przestając dygotać.
Hyuk poklepał go pocieszająco po plecach i odwzajemnił uścisk czując, że tamten potrzebuje właśnie takiego gestu z jego strony.
- Wszystko w porządku, hyung? – wyszeptał.
- Tak… teraz tak – odparł tamten, zaciskając dłonie na bluzie Hyukjae i biorąc głęboki wdech.
Dźwięk telefonu przerwał panującą między nimi ciszę. Heechul odsunął się od przyjaciela i uśmiechnął w charakterystyczny, nieco ironiczny sposób.
- Kaczy się najwyraźniej niepokoi, idź już – polecił, opierając się o ścianę i przymykając oczy.
Eunhyuk kiwnął głową i wyszedł, pomachawszy mu wcześniej na pożegnanie.
- Głupia małpo, dziękuję… – mruknął, kiedy odgłos krzątającego się rapera zupełnie zniknął.

czwartek, 15 listopada 2012

9.


Pozbawiony wątpliwości. 


Wpatrywał się w rządki zapisanych na niewielkiej kartce, liter oraz na zaadresowaną już kopertę, która tylko czekała, by nakleić na nią znaczek i wysłać w świat, razem z listową zawartością, co też chwilę później uczynił. Nie wahał się ani przez moment. Skoro już to napisał, skoro podjął taki wysiłek, to musiał doprowadzić to do końca. 
I tylko raz, przez krótką chwilę żałował. Kiedy mała koperta dopiero co wylądowała w czerwonej skrzynce. Żałował, że napisał tak mało; że nie umiał opisać wszystkich swoich uczuć. 
Postanowił, że zrobi to innym razem. Bo podejrzewał, że na jednym liście nie skończy. Bo czuł potrzebę przelewania swoich myśli na papier i wysłania ich tej osobie, choć wcale jej nie znał. To jednak zdawało się być tylko dodatkową zaletą. 




Odrobinę obojętny. 


Od jakiegoś czasu przechadzał się przypadkowymi ulicami, krążąc to tu, to tam bez celu. Wiejący, jesienny wiatr przejmował go chłodem i sprawiał, że cały dygotał. Ale on nie miał nic przeciwko, a nawet pragnął, by zimno wdało się we wszystkie zakamarki jego ciała, zaziębiło je i przy okazji sprawiło, że zamarznie mu serce. 
Szedł przed siebie i po raz pierwszy od dłuższego czasu nie przejmował się tymi kilkoma szajbuskami, które podążały za nim przez cały ten czas udając, że wcale nie są nim zainteresowane. 
- A łaźcie sobie, co mi tam. Jutro nogi wam z dupy poodpadają po takim spacerze – mruknął z wrednym uśmiechem na ustach i rozejrzał się dookoła, szukając dziwnych uliczek, w których jeszcze nie był. 
Normalnie nigdy nie pozwoliłby sobie na ciąganie tych głupiutkich dziewczątek po jakiś dziwacznych, a nawet, zważywszy na to, że słońce zaszło już jakiś czas temu, niebezpiecznych miejscach, ale z dziką satysfakcją zauważył, że jest mu tak naprawdę wszystko jedno, co stanie się zarówno z nimi, jak i z nim – wiedział bowiem, iż niebezpieczeństwo czeka nie tylko na młode kobiety. Poza tym… wiedział, że może być z kobieta pomylony. Szczególnie teraz, kiedy zapuszczał włosy. 
Mimo to wszedł w ciemną uliczkę, odstraszającą innych jarmarcznym hałasem i odorem zgnilizny. 
Nie minęła chwila, a ktoś zaszedł go od tyłu, bełkocząc coś niezrozumiałego i przyciągając do siebie. Do jego nozdrzy dostała się mdląca woń alkoholu, jaką musiał wlać w siebie ten osobnik. 
Heechul westchnął cicho, ale nie zrobił niczego, by się uwolnić. 
- Proszę, proszę, kogo my tu mamy – charczał niewysoki, krępy ahjussi – czyż to nie nasza cudowna gwiazda wszechświata? Przyszedłeś bratać się z plebsem, młody człowieku? 
Hee milczał, wpatrując się w ciszy w małe, przekrwione oczy pijanego mężczyzny. Nie miał pojęcia, co powinien zrobić. Postanowił więc poczekać na rozwój wydarzeń. 
- Czekaj, zawołam swoją starą, niech no zobaczy, kto tu nam się napatoczył – ahjussi roześmiał się nieprzyjemnie, po czym chwiejnym krokiem wtoczył się do jakiegoś podrzędnego, brudnego lokalu. 
I już z niego nie wyszedł, chociaż Heechul czekał na niego jakiś czas, oparty o zimny, ceglany mur. 
W końcu, z jakimś dziwnym uczuciem rozczarowania, ruszył dalej, kończąc w jakimś podrzędnym nocnym lokalu, w którym pozwolono mu zasiąść przy pianinie pod warunkiem, że kupi co najmniej trzy butelki soju. Zgodził się od razu i zasiadł na starym, zniszczonym stołku, przyglądając się instrumentowi. 
Ile to już czasu minęło, odkąd po raz ostatni zamieniał uczucia w muzykę? Policzył w myślach i wyszło mu, że zaledwie kilka miesięcy – a miał wrażenie, jakby minęły lata, odkąd czuł pod opuszkami palców chłód i gładkość klawiszy. Przycisnął kilka z nich. Sala natychmiast napełniła się dźwiękiem. 
- Zagraj pan coś smutnego – usłyszał z głębi pomieszczenia – żona mnie właśnie zostawiła… 
- Ya, nie powinien ci w takim razie zagrać czegoś radosnego, na poprawę nastroju? – zapytała jedna ze starszych kobiet siedzących przy barze. 
- Posrało cię, kobieto? – odpowiedział tamten, po czym zwrócił się do idola – Osobiście wyleję ci na łeb pomyje, jeśli zagrasz coś wesołego, rozumiesz? 
Przytaknął; prośba mężczyzny była mu bardzo na rękę. 




Kruszy się i płacze. 


Powoli, ale z całą stanowczością zamieniał to dławiące go od dłuższego czasu uczucie w muzykę. Każde niebezpiecznie przeszywające go drgnienie serca składało się na melodię, która rozrywała całe pomieszczenie, rozdzierając na strzępy resztki radości, które gdzieniegdzie zalęgały się po kątach. 
Długie, marmurowe palce zdawały się tonąć między falą biało-czarnych klawiszy, dziko walcząc z każdym niemal dźwiękiem, nadając mu wyjątkowe znaczenie. 
Ciężkie, nieprzyjemne nuty przytłaczały wszystkich słuchających; miało się wrażenie, jakby cały świat zamknął się do instrumentu i tych najciemniejszych zakamarków serc. 
Muzyka, która zamiast dawać nadzieję, bez zahamowań ją odbierała. Każdą najmniejszą drobinkę optymizmu brutalnie zamieniała w proch. Gromadziła łzy w kącikach oczu, ale nie pozwalała na ich popłynięcie. 

Myślał, że gdy zacznie grać, poczuje się dużo lepiej, jednak wywołało to odwrotny skutek – muzyka, którą sam stworzył, odebrała mu ostatnie kawałki dobrych myśli. 
Czuł się jak złapana w potrzask zwierzyna, która robi sobie krzywdę za każdym razem, gdy próbuje się wydostać z pułapki. 
Pospiesznie otarł łzy z policzków, podnosząc palce znad wilgotnych klawiszy i obracając się przodem do zebranych, próbując dostrzec ich reakcje. 
Spoglądali na niego ze smutkiem, ale pełni niekrytego podziwu. 
Spróbował się uśmiechnąć, by chociaż tak podziękować za tych kilka braw, jakie rozległy się w lokalu, ale na jego usta wpłynął jedynie przykry grymas, w niczym nie przypominający uśmiechu. 
Westchnął cicho, podszedł do baru i zamówiwszy drinka, usunął się w cień, w ciszy wsłuchując się w cudze rozmowy i rozkoszując się cierpkim smakiem alkoholu, który dodatkowo palił go od środka. 
Ale czym był ten ogień w porównaniu do tego, który trawił go na co dzień… 




Płaczący mężczyzna przestaje mieć siły, by udawać… 


Brzęczenie telefonu w jego kieszeni, pomimo, iż starał się je ignorować, powoli doprowadzało go do szału. Ktoś najwyraźniej nie był w stanie pojąć tego, że w tej chwili nie chciał z nikim rozmawiać. 
- Hyung – usłyszał, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć – hyung, tu Kibum. Zgubiłem poprzedni telefon, no i to mój nowy numer. 
- Nie mogłeś wysłać mi wiadomości? – warknął do słuchawki, wkładając sobie kawałek lodu do ust. 
- Nie poszedłbyś ze mną na miasto, hyung? – padła propozycja. 
Heechul przez moment zastanawiał się nad odpowiedzią. Z jednej strony nie miał ochoty z nikim się widzieć, a z drugiej – nie widział się z tym dzieciakiem od własnych urodzin, więc wpadałoby się jednak spotkać… 
- Za pół godziny w tej knajpie, co zawsze – zarządził. 
Miał dziwne wrażenie, że to będzie ich ostatnie spotkanie w tym roku. 

I nie mylił się. Jego młodszy kolega oznajmił, między kolejnymi kieliszkami soju, że niedługo wybiera się do Chin w związku z nową dramą. Był przy tym niesamowicie podekscytowany. Tak bardzo, iż nie zauważył, jak spojrzenie jego przyjaciela z każdym jego słowem stawało się coraz bardziej pochmurne. 




Nie zdaje sobie sprawy... 


Wrócił do dormu nad ranem, dziękując losowi, że nie musi przez cały dzień nigdzie wychodzić. Jedyne, czego teraz potrzebował to kubek herbaty i ciepło własnej pościeli. Zrezygnował jednak z gorącego napoju, rzucając się na łóżko i ciężko oddychając. Pragnął zasnąć na bardzo, bardzo długo. Najlepiej na całe życie, na walkę z którym powoli zaczynało mu brakować sił. 
Gdy wydawało mu się, że już zachwalę uda mu się wpaść w objęcia Morfeusza, jego telefon zabrzęczał po raz kolejny. 
- Heechul-ah! – mężczyzna usłyszał miękki, odrobinę zatroskany głos lidera – jesteś w mieszkaniu? 
- Ta, a co? – wychrypiał w odpowiedzi. 
- Spałeś – stwierdził Leeteuk – przepraszam. Ale możesz coś dla mnie zrobić? 
Hee przytaknął. Skoro i tak został już rozbudzony, było mu wszystko jedno, o co poprosi go przyjaciel. 
- Gdzieś w biurku zostawiłem takie czerwone pudełko, a jest mi dzisiaj strasznie potrzebne – tłumaczył – mógłbyś je znaleźć? Za kilka minut przyleci do ciebie Hyukkie, ale zależy mi na czasie, więc… 
- Więc lepiej by było, gdybym ja to wcześniej znalazł i od razu mu przekazał? – dokończył młodszy mężczyzna, po czym westchnął – robi się, hyung. 
- Dzięki – usłyszał głos pełen ulgi – jak wrócę, ugotuję ci moje popisowe danie! Cześć! 




… że tak naprawdę, właśnie się poddał. 


Mała, wysuwana szafka mieściła w sobie dwie rzeczy. Ostrożnie wyjął jedną z nich, nie znając zawartości i odłożył na bok z niemałą satysfakcją. Wcale nie musiał szukać tego pudełka jakoś specjalnie długo, więc nic, tylko czekać, aż Hyukjae pojawi się w dormie i je odbierze, a on w końcu zanurzy się w miękkiej pościeli. 
Jednak zauważył tam też drugą z nich; opakowanie dużo mniejsze od poprzedniego, ale także bardziej kuszące, ponieważ z jej zawartości doskonale zdawał sobie sprawę. 
Sięgnął po nie i otworzył. 
Jego oczom ukazało się to, co spodziewał się zobaczyć.

piątek, 26 października 2012

8.



Rozbity jak pusta butelka soju.


Blade, mrugające światło telewizora padało na dwie ludzkie sylwetki. Jedna z nich leżała, oparta na kolanach drugiej i beznamiętnie gapiła się w wyświetlane na ekranie obrazy.
Obie chciały się odezwać, ale jakoś nie potrafiły znaleźć odpowiednich słów.
- Heechul… - spróbowała po jakimś czasie kobieta, jednak nie otrzymała od niego odpowiedzi. Mało tego, mężczyzna nie poruszył się nawet o milimetr, jakby celowo nie chcąc zareagować na dźwięk swojego imienia. – Heechul – powtórzyła, przykładając dłoń do jego zaczerwienionej twarzy.
Burknął coś pod nosem, usiłując skupić rozbiegany wzrok na twarzy siostry, co po tylu butelkach soju, ile niedawno opróżnił, było czynem niemalże niemożliwym.
- Myślałam, że mi powiesz, dlaczego postanowiłeś upić się prawie do nieprzytomności akurat w moim mieszkaniu, ale chyba już nie jesteś w stanie… - kobieta zmieniła taktykę. Teraz postanowiła go odrobinę podpuścić.
- Ale do kogo ty mówisz? – odezwał się w końcu młodszy, unosząc prawą dłoń i palcem wskazującym dotykając czubka swojego nosa – Że niby do mnie?
- A czy widzisz tu kogoś jeszcze, oprócz nas?
- A sklonowałaś się, noona, czy coś?
Kobieta zmarszczyła brwi. Nie rozumiała, co ten człowiek bredzi.
- Nie, jestem tu tylko ja. No i ty.
- A widzisz, czyli to mi się dwoi! Ciekawe, czy jak wypiję więcej, to się potroi… - Heechul podniósł się z kolan siostry i sięgnął po kolejną butelkę z alkoholem, jednak wcale w nią nie trafiając. – O, soju mi ucieka… - zauważył, machając dłonią w powietrzu – patrz, noona, jakie wredne to to. Ucieka, jak ja.
Mężczyzna niechcący strącił szkło, które potłukło się, spadając z dość wysokiego stolika.
- I ja to będę musiała sprzątać – Heejin omiotła pokój spojrzeniem i westchnęła, z powrotem skupiając się na swoim bracie, który tymczasem sturlał się z kanapy i na czworaka dotarł do pozostałości po butelce.
- Widzisz, ja też jestem taki roztrzaskany. I niczego już we mnie nie ma. I teraz nadaję się tylko do wyrzucenia.
Kobieta przykucnęła przy Hee.
- Noona, bo ty zaraz powiesz, że gadam głupoty, bla bla bla.
- Całe życie gadasz głupoty – wzruszyła ramionami.
Heechul zaśmiał się głupkowato i trącił potłuczone denko palcem. Po chwili poczuł znajome pieczenie; na opuszce wykwitła niewielka kropla krwi.
- Ale noona, potłuczonego człowieka nikt nie potrzebuje. Zniszczonego człowieka trzeba się pozbyć. – to mówiąc, cofnął się w stronę kanapy, na którą wdrapał się niezgrabnie, by chwilę potem zasnąć głębokim snem.
Heejin, zbierając odłamki i sprzątając dookoła, usiłowała zrozumieć, co brat próbował jej przekazać. Dlaczego uważał, że jest „roztrzaskany”? Czy stało się coś, co sprawiło, że wyglądał tak jak wtedy, gdy tchnięty jakimś irracjonalnym pomysłem pijanego idioty, próbował pozbawić się życia?
Co mogła zrobić, żeby się tego dowiedzieć i żeby mu pomóc?
Przecież zazwyczaj nie rozmawiali ze sobą zbyt wiele…




Zaprogramowany na życie.


Miał wrażenie, że zachowuje się jak robot. Jak maszyna zaprojektowana do wykonywania swoich zadań, tylko że z bijącym sercem, które przysparzało mu jedynie bólu.
Wstawał, wychodził z domu, jechał do miejsca odbywania służby, tam spędzał kilka godzin na czynnościach, których potem nawet nie pamiętał, potem włóczył się po mieście, chodził pograć w LoLa, spotykał się ze znajomymi, rozdawał przyklejone uśmiechy. Czasami pozował do fotografii, raz po raz ulegając prośbom fanów.
A po powrocie rzucał się na łóżko, nie sprawdzając nawet, czy Heebum ma co jeść. I leżał tak dłuższą chwilę, zupełnie bez ruchu, oddychając bardzo powoli; tak, jakby nawet to było dla niego ciężarem.
Miał wrażenie, że zapętlił się w tej, tak zwanej „normalności”, która wbrew pozorom nie była jego normalnością.
Jedyne, czego był pewien to fakt, że musiał się z tej pętli jakoś wydostać. I jednocześnie nie opuszczało go poczucie, że tak się nie da.
Że wyrwać się może tylko w jeden sposób. Sposób, który przerażał go i pociągał jednocześnie. Był jak ciemna zasłona, która skrywała tajemnicę, którą jednak odkryje, kiedy przekroczy bezpieczną granicę.
Coraz częściej chciał ją przekroczyć i zerwać tę zasłonę. Nawet jeśli porażające światło, jakie się za nią znajduje, miałoby wypalić mu oczy.
Wszystko, byle tylko poczuć się wreszcie wolnym od własnego umysłu, który nie pozwalał mu normalnie funkcjonować…




Pozbawiony nawet przyjaźni ze słowami…


Wszystkie uczucia, które gromadziły się w jego sercu i stawały się jego dręczycielami, przelewał zazwyczaj w muzykę lub słowa, pozbywając się w ten sposób ich nadmiaru.
Pozwalał wyrazom mówić za niego; opowiadać historie, za którymi kryła się cząstka jego samego i która mieściła w sobie jego problemy, z których nie potrafił się nikomu zwierzyć.
Proces twórczy, który był dla niego jak magia, powodująca, że wszystko co złe, rozpływało się nagle, jakby dzięki czarodziejskiemu zaklęciu.
Ale te czary niedawno przestały działać. I wszystkie zmartwienia, nie potrafiąc odnaleźć ujścia, kładły się ciężarem na jego sercu.
Lecz mimo to siadał przy biurku, lub też na ulubionym, szerokim parapecie i popijając herbatę, przepełniony nadzieją czekał na coś, co sprawi, że ta blokada, która utworzyła się gdzieś w jego wnętrzu zniknie, po raz kolejny pozwalając słowom płynąć wartkim strumieniem. Czuł, że tylko w ten sposób mógłby spojrzeć na wszystko z dystansem i zrozumieć to, czego ostatnio pojąć nie potrafił. Własnych, splątanych myśli.
Ale czekał na próżno. Słowa również były przeciwko niemu. Tak jak cały świat, który udawał jednak, że mu na nim zależy; że usiłuje go zrozumieć. Jednak on wiedział, że to wszystko było jedynie ułudą. Że tak naprawdę, ten cień zainteresowania ze strony wszystkich wynika jedynie z chęci pozbycia się ewentualnych wyrzutów sumienia.
Ponieważ jedyne, co robili, to udawane współczucie, które nie wymagało większego wysiłku. Niektórzy posuwali się do kilku niezwykle mądrych, ale nikomu niepotrzebnych rad. I to wszystko.
A nie o to chodziło.
Dlaczego nikt, zamiast pytać, czy potrzebuje pomocy – na co on, wiedząc, że tak naprawdę nikt nie pragnie, by odpowiedział twierdząco, zaprzeczy z całą mocą – nie zapyta "jak mogę ci pomóc?" – Skoro i tak widzą, że tej pomocy potrzebuje…
Heechul wiedział, że niewielu byłoby stać na taki gest. I pomimo tego, że przed całym światem udawał, że wcale nie potrzebuje, by mu takie pytanie zadać, tak naprawdę gorąco go wyczekiwał.




bezwiednie…


Przed sobą miał nieduże, ale niezwykle głębokie pudełko, w które wpatrywał się od kilku minut zastanawiając się, czy jest sens w ogóle do niego zaglądać.
Kilka dni wcześniej otrzymał je od siostry, która oznajmiła, że w środku znajdują się wiadomości od fanów. Czyli jak zawsze prawdopodobnie znajdzie się tam sterta listów z mniej lub bardziej poetyckimi wyznaniami miłości, ewentualnie jakiś rysunek, wycinanka czy też inna forma artystycznej ekspresji.
Długimi, szczupłymi palcami przejechał po krawędziach przedmiotu i powoli uniósł wieczko. Wyciągnął z niego zawartość – całe naręcze różnokolorowych kopert, z jego imieniem na przedzie – czyli było dokładnie tak, jak się spodziewał.
Jednak jedna z nich różniła się od pozostałych. Choć może właściwiej byłoby powiedzieć, że to te pozostałe były inne od tej konkretnej.
Biała, zwyczajna koperta. Niby nic specjalnego, kilka identycznych leżało tuż obok.
Ale ta miała, poza jego imieniem, adres zwrotny. Mimo, iż była bez znaczka.
Heechul zastanawiał się przez chwilę, jaki też jest powód, dla którego ten adres tam widnieje. Po chwili uznał to jednak za pomyłkę i roztrzepanie fanki. I już miał odłożyć list na stertę pozostałych, kiedy nagle przyszedł mu do głowy pewien pomysł.
Usiadł przy biurku i wyciągnąwszy kartki, zaczął pisać, nucąc pod nosem jakąś rzewną melodię.




… podejmuje ryzyko, by tylko ulżyć cierpieniu swojej duszy. 


To takie dziwne uczucie, pisać do fanki, nawet nie przeczytawszy wcześniej tego, co napisała do mnie… Nie, nie przejmuję się tym specjalnie, po prostu uważam, że to trochę dziwne.
Tak jak to, że na kopercie znalazł się Twój adres… Zrobiłaś to odruchowo, przez pomyłkę czy może… specjalnie, licząc na łut szczęścia? W sumie, cokolwiek by to nie było – udało Ci się. W końcu właśnie Ci odpisuję. Powiedzmy.



Tak sobie myślę, że muszę być naprawdę głupi, albo zdesperowany… albo jedno i drugie, żeby robić coś tak idiotycznego, jak pisanie do jednej z fanek – nie bierz tego do siebie, ale spójrz – nie mam pojęcia, kim tak naprawdę jesteś ani jaka jesteś i czy przypadkiem po otrzymaniu tego listu nie pochwalisz się nim z całym światem i nie wyniknie z tego jakiś skandal. Jestem tego świadomy, a i tak to robię… to chyba dlatego, że aktualnie wszystko mi jedno. Jest mi to obojętne do tego stopnia, że zamierzam nawet napisać Ci coś, czego nie mówiłem dotąd nikomu, nawet najlepszym przyjaciołom. Nie wiem, dlaczego. Po prostu są takie sprawy, których nie mogę wyjawić nikomu z nich i już.
I nie liczę nawet na Twoje zrozumienie; robię to tylko i wyłącznie do siebie, żeby móc pozbyć się tego irytującego szumu w mojej głowie. 

A szumi mi wiele rzeczy. Tak wiele, że właściwie nie wiem, ile dokładnie ich jest. 
Wiesz, mam chorą matkę. Nie jakoś poważnie, ale jednak chorą. I świadomość, że nie mogę teraz przy niej być i nie jestem w stanie niczego zrobić, bardzo mnie boli. Bo ona zawsze była przy mnie, kiedy rozwaliłem sobie kolano, albo gdy leżałem z gorączką. A ja nie mogę. 
Wiem, że ona nie ma o to do mnie żalu, ani nic, ale jednak… trochę to smutne, nieprawdaż? (Nie wiem, dlaczego postawiłem tu znak zapytania, przecież nie podam Ci swojego adresu, na który mogłabyś wysłać odpowiedź…) 

I to był akurat fakt, który jestem w stanie pojąć. Mam na myśli to, że reszta… to wszystko to raczej strzępki uczuć, jakieś dziwne tęsknoty nie wiadomo, za czym, samotność i smutek. I nie mają początku ani końca, więc nie wiem, jak mógłbym się z tego wyplątać. I nie sądzę, by ktokolwiek mógł zrobić to za mnie. A najgorsze jest to, że nie mam ochoty tak żyć. Chcę zmiany. Drastycznej.
Może nawet ostatecznej… Ale brakuje mi chyba jeszcze odrobiny, ja wiem… szaleństwa? 

Jestem zbyt szalony, by normalnie funkcjonować, za mało jednak, by przerwać to wszystko na zawsze. I przez to jestem po środku. 
A tak jest najgorzej. Naprawdę najgorzej. 
Gdybym tylko mógł ruszyć się w którąś ze stron. Obojętnie w którą… 
Cóż, to by było chyba na tyle. Jeśli to przeczytałaś i zachowałaś dla siebie - dzięki, jeśli czyta to teraz cały świat, bo Ci głupio zaufałem – trudno. 
Niech Ci się dobrze żyje,
希 .

poniedziałek, 8 października 2012

7.


… że obserwuje go, gdy ten nie patrzy. 


Kyuhyun kątem oka obserwował skradającego się hyunga, który, najwyraźniej, za wszelką cenę nie chciał być zauważony, czego Kyu zupełnie nie pojmował. Jego oczom nie umknął również fakt, iż Hee trzymał coś w rękach i to coś wyglądało zupełnie jak pudełka z jedzeniem.
Maknae zatarł ręce, chichocząc pod nosem. Powinien to wszystko zjeść sam, zanim ktokolwiek się o tym dowie?
Odczekał moment i tuż po tym, jak jego starszy kolega zamknął za sobą drzwi, czym prędzej pomknął do kuchni i jednym, szybkim ruchem otworzył lodówkę.
- Czeka mnie uczta – jego oczy stały się ogromne, a wypełniony jeszcze przed momentem przekąskami żołądek, nagle zupełnie pusty.
Nie zastanawiając się zbyt długo, wyciągnął pierwsze pudełko. Już miał je otworzyć, kiedy zauważył przyklejoną do niego karteczkę.
„Ani mi się waż, Cho!”
Westchnął. Dlaczego go to spotyka…?
Sięgnął po drugie pudełko, w nadziei, że niczego tam nie znajdzie i będzie mógł się wykręcić krótkim „ale tam nie było napisane, że nie mogę”…
„Zjedz choć odrobinę, a zginiesz!”
Kyuhyun zmarszczył brwi. Czy to było takie oczywiste, że będzie tego próbował?
Wciąż się nie poddając, sięgnął po ostatnie, największe pudełko. I po raz kolejny na wierzchu znalazła się karteczka.
„Głupi maknae.”
Tego było za wiele. Nie dość, że zabrania mu się jedzenia, to jeszcze się obraża. On tego tak nie zostawi. Bo Kyu głodny to Kyu wredny.
- Heechul, co to ma znaczyć? – Cho wszedł do pokoju hyunga bez pukania, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu znajomej sylwetki. Dostrzegł go, leżącego na łóżku, z ulubioną manhwą w ręce i kotem na brzuchu.
- Coś nie tak, maknae bez manier? – starszy mężczyzna nie zaszczycił go nawet spojrzeniem – Czyżbyś próbował zjeść nie swoją własność?
- W takim razie czyje to jest?
- Na pewno nie twoje.
- Ej, no! – Kyuhyun podszedł bliżej i nie myśląc nad konsekwencjami swoich działań, wyrwał komiks z rąk Heechula.
- Oddaj mi to – usłyszał jego opanowany głos – albo nie, wszystko mi jedno – zmienił po chwili zdanie i przewrócił się na bok – idź już, jestem zmęczony. Jedz sobie co chcesz, nie moja sprawa.
- Hyung…? – Kyu zamarł z książką w uniesionej ręce – nie wkurzasz się? Jesteś chory czy co?
- Spieprzaj – odpowiedział mu cichy, pozbawiony emocji głos, stłumiony przez poduszkę.
- Nie – nie zgodził się młodszy, pochylając się nad Heechulem – nie zamierzam nigdzie sobie iść.
- Rób, co chcesz, wisi mi to.
Obojętność trzydziestolatka zbiła z tropu młodszego mężczyznę. Nie tak zachowywał się na co dzień Kim Heechul. Tamten był nieco bardziej… żywiołowy. Troszkę bardziej niespokojny, jak rzeka, która zerwała tamę. Ten człowiek, który leżał odwrócony do niego plecami, skulony jak embrion, był zbyt opanowany jak na swoje standardy. To było dziwne, ale Kyuhyun miał wrażenie, że jest mu to zachowanie dziwnie znajome…
Nie zmieniało to jednak faktu, że nie miał pojęcia, jak powinien się zachować.
- Hyung… zagrasz ze mną w coś?
- Nie. Nie potrzebujesz mnie – mruknął tamten w odpowiedzi.
- Do gry?
Nie otrzymał odpowiedzi.
- Głupi hyung – Kyuhyun wyszedł, kręcąc głową.
- Wiem… - wyszeptał Hee, gdy Kyu znalazł się za drzwiami.




Mężczyzna, który ma dość bezczynności. 


Najgorzej mu było z myślą, że nie ma powodów do złego nastroju. A już na pewno nie do aż tak złego. I czuł się z tym tak głupio, że niezwykle trudne stawały się jego spotkania z ludźmi, który byli świadkami jego zachowań. Widział w ich oczach różne rzeczy – od zupełnej dezorientacji aż po troskę. I nie wiedział, co ma z tym zainteresowaniem wokół niego samego zrobić. Zdążył się już od tego odzwyczaić. Od tego, że ciągle jest w centrum czyjejś uwagi.
I miał także wrażenie, że to nie jemu powinno się teraz poświęcać czas. A na pewno nie powinni tego robić jego przyjaciele z zespołu, którzy nagle, nie wiedzieć, czemu, zwalili mu się na głowę, oczekując jakiejkolwiek interakcji z jego strony.
A przecież z nich wszystkich to nie on potrzebował tego wsparcia najbardziej. Nie on. Tylko Kangin, który wciąż nie może się oswoić z nową sytuacją i Leeteuk, który z dnia na dzień chodził coraz bardziej pochmurny. To im należała się uwaga.
- Manager hyung? Na ten twój ślub… tak, na ten, na którym mam być MC, a bierzesz jeszcze jakieś inne śluby…? No właśnie… wezmę ze sobą Kangina, dobra? Jak to nie wiesz, czy będzie mógł, będzie, mówił, że jest wtedy wolny… no, to w porządku. Do zobaczenia za parę dni.
Heechul potarł twarz dłońmi. To był prawdopodobnie dobry pomysł. Będą mieli okazję, żeby zjeść coś dobrego i pogadać, jak kiedyś. Może to Youngwoona otworzy. Może będzie mógł mu pomóc i przy okazji pomoże samemu sobie.
Został jeszcze Jungsu… lider był ostatnio tak zabiegany, że niełatwo było gdziekolwiek go dorwać. Jeśli nie był w pracy, to… na siłowni. A siłownia to ostatnie miejsce, w którym Hee chciałby się kiedykolwiek znaleźć.
„Hyung, znajdź dla mnie czas niedługo.”
„Coś się stało, Heechul-ah? Dzisiaj powinienem być wolny po 22. Chcesz gdzieś wyjść czy zostajemy w mieszkaniu?” 

Heechul przez moment rozważał obie opcje.
„Będę u siebie.” 
Postanowił, że rozwiązywanie własnych problemów zacznie od rozmowy. I być może od pomagania. Bo nie mógł zająć się sobą, kiedy wiedział, że trzeba zająć się przyjaciółmi. Bo jeśli on teraz pomoże im, to potem oni pomogą jemu. Na pewno. Bo przyjaźń to nie byle, co. Nie dla niego.




Uważa, że znalazł rozwiązanie. 


Głowę miał opartą o plecy lidera i z niezwykłą uwagą chłonął każde jego słowo. Słuchał wszystkiego, co miał mu do powiedzenia. A miał wiele. Opowiadał mu o swoich obawach i zmartwieniach. O tym, czego normalnie by nie powiedział, ale nakłoniony nie znoszącą sprzeciwu postawą młodszego o kilka dni przyjaciela, nie mógł zrobić niczego innego.
Spojrzenie Heechula pochmurniało z każdą minutą.
Nawet nie zauważył, kiedy ułożył głowę na udach Jungsu i pozwolił, by ten bawił się jego włosami.
- Właściwie to wszystko to głupstwo – uciął nagle Leeteuk, zaplatając Hee niewielkiego warkoczyka.
- Ale ty lubisz przejmować się głupstwami… – uśmiechnął się delikatnie - hej, co to za warkocz?!
Jungsu zaśmiał się pogodnie i poklepał go po policzku.
- Jesteś taki słodziutki, że nie mogłem się powstrzymać.
- Głupek. Ej, ale tak na poważnie, hyung – Heechul złapał przyjaciela za rękę – rozmawiałeś już na ten temat z Youngwoonem, rozmawiałeś kiedyś ze mną. Wiesz, że nie ma się czego bać i że to szybko minie.
- Chullie, sam wiesz, że strach często wymyka się temu, co wiadome. Że lubi mieszać w głowie… - w pokoju nagle zapanowała cisza; obaj mężczyźni przymknęli powieki, jakby próbując na nowo wszystko przemyśleć.
- Hyung…
- Hee – wszedł mu w słowo starszy; jego głos drżał.
Heechul poczuł na swoim policzku łzę, która do niego nie należała. Wciąż jednak nie otwierał oczu udając, że niczego nie zauważył. Czekał, aż Leeteuk powie coś więcej.
- Ja… tak naprawdę, nie chcę być z dala od was. Nie tak długo. Przez tyle lat byliśmy wszyscy razem, a niedługo… wszystko będę musiał robić bez was, zupełnie sam. Nie będę mógł się z wami widzieć, kiedy będę chciał, nie będę mógł robić wielu rzeczy… z wami.
- … z nimi – uściślił drugi. – To boli! – warknął, gdy został pociągnięty za włosy.
- I dobrze, że boli. Mam ochotę przywalić ci tak mocno, żebyś trafił do szpitala. Jesteś debilem, Heechul.
- Ty… - szybkim ruchem podniósł się z pozycji leżącej i zrównał się wzrokiem z hyungiem. Na usta cisnęło mu się wiele niemiłych słów.
- Tak, ja też nim jestem, ale ty większym. Jak mówię, że z wami, to mam na myśli też ciebie, czaisz? Od kiedy to nie jesteś częścią nas? Od kiedy? I jakim prawem śmiesz twierdzić, że nie jesteś?
Heechul nie umiał mu na to odpowiedzieć. Patrzył mu przez chwilę w oczy, po czym spuścił wzrok.
- Od dawna nie jestem. Od dawna nie mam prawa być. Przecież jestem nikim.
Silne uderzenie zaciśniętej pięści niemal zrzuciło go z łóżka.
Nie rozumiał tego nagłego przejawu agresji. Przecież miał rację, przecież od dawna był tu jedynie „na doczepkę” i wszyscy o tym wiedzieli. On to tylko wypowiedział na głos.
- Idioto skończony! – Leeteuk nawet nie próbował się opanować – postradałeś zmysły?!
- Być może – stwierdził chłodno – ale być może to ty nie dostrzegasz oczywistych rzeczy – Hee nie próbował uchylić się od zadawanych mu policzków.
- Obudź się, debilu! Jesteś najważniejszy – lider zamarł z ręką w powietrzu – dla mnie jesteś najważniejszy. Zespół też cię potrzebuje, zrozum to w końcu!
- To ty zrozum. Nie jestem ważny, a już na pewno nie dla siebie.
Ostatni policzek i trzaśnięcie drzwiami.




Ale gubi się w plątaninie bólu, wspomnień i odrzucenia.


Bolało go serce. Czysty, fizyczny ból rozsadzał jego wnętrze, wtórując boleści, jaką zadał mu wcześniej przyjaciel. Ale było mu z tym dobrze. Przynajmniej czuł, że jeszcze żyje i na dodatek, gdzieś tam, w ciemnych zakamarkach duszy zaczęła rodzić się w nim myśl, że może to, co powiedział mu wcześniej nie jest tak do końca prawdą.
Że być może, jakiś czas temu wmówił sobie pewne rzeczy i teraz tylko robi z siebie ofiarę. I staje się dokładnie takim typem osoby, której nie znosił najbardziej. Osoby wymuszającej uwagę i współczucie.
A może zawsze taki był? I jedyne, co robił, to chował tę część siebie gdzieś, gdzie sam nie mógł jej znaleźć. I teraz, ten niechciany i zapomniany kawałek jego osobowości postanowił dać o sobie znać, irytując go tak bardzo jak padający za oknem deszcz.
Ten deszcz… z ogromną prędkością przecinający powietrze… sprawiał, że wracały wspomnienia chwil, które najchętniej wymazałby ze swojego umysłu. Wspomnienia sprzed dwóch lat, których nie chciał mieć, a które uporczywie się go trzymały i przypominały o sobie w takie deszczowe dni jak ten.
Przypominały mu kierunek, w którym się wtedy poruszał. Który nie był dobrze obranym kierunkiem, ale przynajmniej gwarantował ukojenie… Może powinien rozważyć go ponownie…?
- Heechul-ah… - w pokoju po raz kolejny pojawił się Leeteuk, tym razem jednak trzymając w dłoniach apteczkę.
Hee westchnął przeciągle. Czy nie tego właśnie chciał?
Dlaczego więc czuł, że to wszystko nie tak powinno się potoczyć? Że powinno wyglądać inaczej…?




Bardzo nieudolnie próbuje sobie pomóc. 

Nigdy nie uważał alkoholu za swojego wroga. Wiedział, że jeśli tylko będzie pić z umiarem, wszystko pozostanie w jak najlepszym porządku. I nawet jeśli troszkę się upije, tak jak to zrobił tego dnia, to nic się nie stanie, każdy przecież raz na jakiś czas musi zwyczajnie się spić. A on już dawno tego nie robił. Nie w samotności.
Łzy spływały po jego bladych policzkach, tonąc gdzieś w materiale jego rękawa, którym ocierał zmęczoną płaczem twarz.
Zawsze płakał, kiedy pił w samotności. Nawet, jeśli nie miał konkretnego powodu. Ale teraz… czuł, że wszystko wali mu się na łeb na szyję, a on nie potrafi nad tym zapanować.
Spojrzał na pustą szklankę, którą trzymał w dłoni i na równie puste butelki soju, leżące na stole.
- Noona na pewno coś ma w szafce… - mruczał do siebie, pociągając nosem i rozglądając się po kuchni swojej siostry w poszukiwaniu alkoholu.
Otworzył jedną z nich i uśmiechnął się sam do siebie, widząc dwa rządki zielonkawych butelek. Jego noona była przygotowana na wszelkie okazje…
- Dwa lata temu trzymałaś tu proszki nasenne, noona… - wyszeptał, uśmiechając się cierpko do wspomnień.
- Na szczęście nie jestem tak głupia, żeby wciąż je tu mieć – usłyszał zza pleców ciepły, ale zmartwiony kobiecy głos. – Znów pijesz u mnie, sam, po ciemku?
Heechul zignorował pytanie.
- Dwa lata temu też przyszłaś, kiedy zamierzałem poczęstować się czymś z tej szafki – zaśmiał się i czknął – Noona, ty to masz timing…
- Na szczęście, Heechul, na szczęście.
Delikatne ramiona objęły jego własne.

czwartek, 20 września 2012

6.



Lecz po raz kolejny… 


Jednak jego przeczucia się sprawdziły. Zarówno rodzice, jak i siostra ukrywali przed nim stan zdrowia mamy.
Wiedział, że to piękne i szlachetne z ich strony, że nie chcieli go martwić widząc, że jest w nie najlepszej kondycji, ale nie mógł pozbyć się tej odrobiny rozgoryczenia, która jak zwykle, pojawiła się znienacka i zaczęła go męczyć.
Utkwił wzrok w rozgwieżdżonym niebie, szukając w nim jakiegokolwiek pocieszenia.
Jednak gwiazdy pozostały nieme, chłodno i egoistycznie świecąc dla samych siebie, zupełnie nie przejmując się problemami odległych im istot.
Były niesamowicie piękne, ale niedostępne.
Obojętne tym rodzajem obojętności, którego mu brakowało, a którego ostatnimi czasy pragnął z całego serca. By nie musieć cierpieć. By nie obwiniać się za to, że niczego nie może zrobić nawet dla własnej matki…




…zwyczajność okazała się być ciężarem.


Ani on, ani pozostali nie wracali już do tego tematu. Wszyscy postanowili cieszyć się tym, że mogą przez chwilę być razem, jak przed laty; bawiąc się i wygłupiając do późnej nocy, zajadając smakołyki przygotowane przez mamę i siostrę Heechula i po prostu odpoczywając.
Potrzebował tego. Chwili beztroski, która pozwoli mu nabrać sił. Może nie na długo, ale na pewno na jakiś czas.
Przez krótki czas mógł znów poczuć, że jest wolny od wszystkiego, co go przytłaczało.
A myśl o powrocie do Seulu z każdą kolejną godziną zaczynała napawać go jakimś dziwnym rodzajem smutku.
Nie miał jednak pojęcia czy była to jedynie niechęć związana z opuszczeniem rodziców i rodzinnego miasta, czy też kryło się za tym coś jeszcze… odpychał od siebie te myśli jak natrętne muchy powtarzając sobie, że to nie jest istotne, że przecież jakoś to będzie…
Przekonując samego siebie, że tym razem nie pozwoli na to, by coś go przytłoczyło.
Wierzył to naprawdę mocno.
Przez chwilę.
Dopóki nie znalazł się na dworcu sam, wyglądając pociągu do stolicy i ściskając w ręce duży pakunek, który jeszcze przed momentem wręczyła mu mama, prosząc, by podzielił się zawartością z przyjaciółmi z zespołu.
- Mamo, wiesz, że zjem to sam… - przypomniał sobie własne słowa i karcące spojrzenie rodzicielki.
- Ani mi się waż. Zadzwonię potem do któregoś z nich, żeby sprawdzić czy się podzieliłeś!
Uśmiechnął się delikatnie, spoglądając na tory.
I nagle, jego spokojny wcześniej umysł, przeszyła pewna myśl. Myśl, która od jakiegoś czasu pojawiała się w takich sytuacjach. I któremu towarzyszyło dziwne pragnienie… przekroczenia dozwolonej linii.
Wskoczenia na tory. I oczekiwania na rozpędzony pociąg, który miał pojawić się lada moment.
Nie rozumiał tego pragnienia i wiedział, że jest bezsensowne, ale nie mógł się od niego dostatecznie uwolnić. Szczególnie teraz miał nieodpartą ochotę zrobienia jeszcze paru kroków do przodu i czekania na to, co się stanie.
Ale to nie tak, że chciał umrzeć, chociaż wiedział, że właśnie do tego by to zaprowadziło.
Po prostu chciał tam stanąć wiedząc, że nie zdoła uciec. Twarzą w twarz z niebezpieczeństwem. Z nieuniknionym.
Tak po prostu.
Przymknął oczy. I cofnął się na bezpieczną odległość w duchu dziękując samemu sobie, że jest w stanie to kontrolować. I bojąc się, że kiedyś stanie się to niemożliwe…
… jak w dzieciństwie. Gdy nie mogąc oprzeć się pokusie, otworzył drzwi od samochodu na środku drogi, chcąc z niego wyskoczyć. Wtedy też ta myśl pojawiała się tak nagle. I któregoś dnia po prostu stracił nad nią kontrolę…
Wtedy nic się nie stało, jego siostra zareagowała błyskawicznie.
Ale teraz był sam… sam ze swoimi myślami, z dzikim, nieokiełznanym umysłem, którego czasem najzwyczajniej w świecie się bał…




Nie wiedział, że ktoś chce ten ciężar z niego zdjąć… 


Fanmeeting zakończył się, jak zwykle, sukcesem i cały zespół mógł przez chwilę odetchnąć, rozwalając się na przygotowanych wcześniej kanapach bądź krzesłach i planując krótką drzemkę lub – ewentualnie, jak Siwon, wykonać kilka telefonów.
- Do kogo dzwonisz, Siwonie?
- O, hyung – Choi spojrzał na uśmiechniętego lidera – do Heechul hyunga, jak co dzień.
- Robisz to każdego dnia? – wtrącił się Yesung, kręcący się dookoła w poszukiwaniu suchego ręcznika.
- Oczywiście, wy nie?
Reszta pokręciła głowami.
- Nic więc dziwnego, że mówi ostatnio takie dziwne rzeczy… - skwitował Siwon.
- Jakie, na przykład? – Donghae podniósł wzrok znad magazynu, który właśnie przeglądał i skupił go na twarzy kolegi.
- Że go nie potrzebujemy… że nigdy go nie potrzebowaliśmy.
- Nonsens – rzucił Ryeowook – przecież powtarzaliśmy mu tysiąc razy, że nie ma racji.
- On uważa, że to tylko czcze gadanie – Siwon spojrzał na mrugający wyświetlacz telefonu – o, oddzwonił. Wybaczcie, ale serio chcę z nim porozmawiać – zwrócił się do przyjaciół – Tak, hyung? Poczekaj chwilę… - zasłonił dolną część aparatu – pomyślcie trochę nad tym, okej?




Że ktoś stara się zrozumieć… 


Cisza panująca w pomieszczeniu zdawała się huczeć bardziej od jakiegokolwiek hałasu. Irytowała i przeszkadzała, nie pozwalając się skupić.
Ale przerwać jej nikt nie miał odwagi. Więc przez dłuższy czas kilku mężczyzn spoglądało na siebie w milczeniu, usiłując znaleźć odpowiednie słowa, by móc zacząć rozmowę. By nie wydać się za poważnym ani zbyt wielkim lekkoduchem. Aby trafić w sedno sprawy.
- Dobra, chłopaki, właściwie to tu nie ma się nad czym zastanawiać – pierwszy odezwał się lider widząc, że reszta raczej nie wyjdzie z inicjatywą – tylko działać.
- Jak? – padło pytanie.
- Co możemy zrobić, skoro nawet nie wiemy, co się dzieje? I czy to coś poważnego, czy tak tylko, przejściowo…
- Gdyby to było przejściowe, to już by mu przeszło.
- Przecież nie zaczniemy nagle zasypywać go telefonami i wiadomościami, bo pomyśli, że sobie z niego żartujemy.
- Najpierw powinniśmy ogarnąć, dlaczego chodzi taki struty, a dopiero potem robić coś w tym kierunku.
- Tak, ale nie możemy przecież siedzieć z nim non stop, mamy swoje zobowiązania…
- Ktoś przecież zawsze zostaje…
- No to skoro zawsze ktoś jest, to dlaczego… dlaczego wszyscy go olewamy? Bo przecież olewamy. Mniej lub bardziej, w taki lub inny sposób, ale jednak…
W pomieszczeniu ponownie zaległa cisza; i tylko zza drzwi słychać było spokojny głos Siwona rozmawiającego przez telefon.
- Wiesz, jesteśmy ludźmi, też czasem chcemy pobyć w samotności i odpocząć.
- To nie zmienia faktu, że raz na jakiś czas…
- Zresztą on chyba nie chce z nami przebywać. Zachowuje się, jakbyśmy irytowali go samym naszym istnieniem.
- A to nie jest akurat normalne?
- No nie wiem…
- Dobra, to co robimy? Leeteuk hyung, jakieś pomysły?
- Ja… nie wiem. Obserwujmy go? Bądźmy przy nim?
- Niby jak, przecież mieszkamy na różnych piętrach…
- Ostatnio mówił, że chciał obejrzeć tę dramę z Sulli…
- Ach, chcesz ją obejrzeć razem z nim, Wookie? Dobrze. O to chodzi. O takie drobiazgi.
Drzwi do sali nagle się otworzyły, ukazując stojącego w progu managera.
- Leeteuk, mogę cię prosić na moment? – zapytał.
- Jasne – lider odwrócił się jeszcze na moment do kolegów. – Obserwujcie go i jakby coś się działo, informujcie mnie, okej?
Wszyscy pokiwali głowami i odprowadzili Jungsu wzrokiem.
- Nie mówcie mu niczego, co by go naprawdę mocno zmartwiło – odezwał się, dotychczas milczący Hyukjae – jest wystarczająco przybity myślą o wojsku.
- Uważasz, że stanie się coś takiego, Hyuk? – Donghae położył mu rękę na ramieniu – Wiesz coś, czego my nie wiemy?
Eunhyuk rozejrzał się po twarzach przyjaciół. Czy oni naprawdę nie kojarzyli faktów? Naprawdę nie rozumieli, co zaczyna się dziać z ich przyjacielem…?
Westchnął i pokręcił głową.
- Po prostu nie męczcie Leeteuk hyunga. Ja się tym zajmę.




… płaczącego mężczyznę. 


Musiał pokazać im, że wszystko jest w porządku. Zresztą, ostatnio naprawdę było w porządku. W miarę…
Siedząc przy stoliku, powoli rozpakował jedzenie przygotowane przez mamę. Uśmiechnął się widząc, że zapakowała wszystko tak, że nie będzie miał problemu z podzieleniem wszystkiego na pół. Ba, nawet na trzy części – w końcu jemu też należała się specjalna porcja.
Nie zastanawiając się dłużej, skierował swoje kroki do kuchni i schował smakołyki w lodówce. Spojrzał na zegar zawieszony na ścianie.
„Ktoś powinien już być na dole…”
Nie spiesząc się, zszedł na jedenaste piętro i starając się pozostać niezauważonym przez Kyu, oglądającego coś w telewizji, przemknął przez korytarz. Zostawił wszystko na stole w kuchni i wrócił do siebie.
Kładąc się na łóżku, poczuł się nagle strasznie zmęczony. Raczej nie podróżą ani czymś podobnym. Zmęczony myślą, że, począwszy od jutra, znów będzie spotykał tych samych ludzi i prowadził z nimi tak samo nudne rozmowy. Że będzie musiał po prostu wśród nich przebywać. Choć tak naprawdę sam był dla siebie wystarczająco męczącym towarzyszem. I nie potrzebował innych, nie chciał innych towarzyszy.
Jedyne żyjące istoty, które nie sprawiały, że jego serce stawało się naprawdę ciężkie, były jego koty, które widząc znużenie swojego właściciela, ułożyły się obok niego, delikatnie się o niego ocierając.
Zasnął ukołysany przyjemnym mruczeniem.

poniedziałek, 3 września 2012

5.


Czasem szuka także ciepła.


Łóżko było na tyle duże, by obaj mogli spokojnie się na nim ułożyć, nie przeszkadzając sobie nawzajem, ale także na tyle małe, by wyczuć miłą obecność drugiej osoby.
Trzydziestoletni mężczyzna ułożył się wygodnie, pozornie nie zwracając uwagi na swojego przyjaciela. Przymknął powieki i przez moment po prostu nasłuchiwał, wyłapując pojedyncze dźwięki.
Po chwili łóżko zatrzęsło się odrobinę pod wpływem gwałtownego nacisku kolejnych kilogramów.
W pomieszczeniu przez dłuższy czas panowała zupełna cisza; nie tykał nawet zegar.
„Wreszcie padły baterie, jak dobrze.”
Jedynie cichutki i miarowy oddech kogoś innego zdradzał, że oprócz niego samego w pomieszczeniu znajduje się ktoś jeszcze.
„Czyżbyś już zasnął, Donghae?” – pomyślał i obrócił się na drugi bok, powoli otwierając oczy i napotykając wpatrzone w niego ciemne tęczówki. Uśmiechnął się delikatnie.
- Bo się jeszcze we mnie zakochasz bez pamięci… - ostrzegł, nie szczędząc ironii.
- Mogłeś ostrzec, zanim zacząłem się gapić, wiesz? – rzucił niby z wyrzutem – Teraz nie ma już dla mnie ratunku – pociągnął nosem i przytulił się do poduszki, którą jeszcze chwilę wcześniej Heechul miał pod swoją głową.
- Głupek – pstryknął młodszego przyjaciela w czoło i korzystając z faktu, że tamten rozmasowuje sobie bolące miejsce, wyrwał mu swoją własność.
- Wiedziałem, że mnie nie kochasz… - ciągnął Hae, najwyraźniej doskonale się bawiąc i zachowując się, jakby w ogóle nie był zmęczony. Heechul widział jednak, że walczy ze znużeniem i opadającymi powiekami i nie rozumiał, dlaczego jego młodszy kolega zamierza kontynuować tę pozbawioną sensu paplaninę.
- Jak to nie kocham? Myślisz, że pozwoliłbym jakiemuś przypadkowemu mężczyźnie spać w swoim łóżku?- Donghae zaprzeczył i przetarł oczy. – Idź spać – nakazał, odwracając się od niego plecami.
- Dzisiaj nie śpię, dzisiaj opowiadam ci, co u nas słychać.
- U nas?
-No, u nas w zespole.
- Jak chcesz, ja zamierzam zaraz zasnąć – starszy udawał, że jest obojętny na słowa dongsaenga. W rzeczywistości pragnął dowiedzieć się, co zmieniło się, odkąd ostatni raz sprawdzał, jak sobie radzą.
I słuchał. Przez całą, spokojną noc słuchał niskiego głosu, przedstawiającą mu wszystkie wydarzenia kilku ubiegłych tygodni.
Przerwał mu tylko raz. Wysłuchawszy o wszystkich trudnościach, z jakimi zmagali się pozostali, o dręczących ich problemach, o niepewności, jaką niosła im najbliższa przyszłość… poczuł się tak beznadziejny ze swoim dziwnym nastrojem, z wyolbrzymianiem każdej głupoty, że nie mógł tego znieść. To nie on powinien być teraz zatroskany i smutny… nie, kiedy wszyscy inni mają ku temu lepsze powody a i tak tryskają optymizmem.
To nie tak powinno wyglądać.
- Donghae…?
- Tak?
- Chyba muszę wziąć się w garść.




Chcąc uwolnić się od duchowych dręczycieli.


Codzienne wstawanie z łóżka wciąż wiązało się z ogromnym wysiłkiem, jednak za każdym razem przypominał sobie historie opowiadane tamtej nocy przez Donghae i to właśnie one powodowały, że chciał starać się bardziej. Chciał pokazać, że chociaż w pewien sposób od nich oddzielony, wciąż jest częścią grupy facetów, którzy są naprawdę silni; których słabości i niepowodzenia są po prostu kolejną z dróg samodoskonalenia.
Wychodził z dormu, nucąc pod nosem wesołe piosenki i z całych sił wmawiając sobie, że tego dnia wszystko pójdzie po jego myśli i że wcale nie jest tak źle, jak mu się wydawało.
Uczył się ignorować ciemne zakamarki swojego serca.




Próbując zwyczajnie dobrze się bawić.


Propozycja wyjazdu do Busan, w sobotni poranek niemal poderwała go na nogi. Tym bardziej, że wyszedł z nią jego kuzyn, który zazwyczaj kontaktował się z nim, gdy planował dobrze się zabawić. A nie mogło być dobrej zabawy bez Kim Heechula. Nawet jeśli to był nieco przygaszony Kim Heechul. Ale przecież jego kuzyn potrafił rozruszać nawet tych, którzy wcześniej wcale nie mieli chęci na imprezowanie, więc na pewno rozrusza też jego. Na pewno.

W pośpiechu spakował najpotrzebniejsze rzeczy i wyszedł na ulicę tak, jak stał, w piżamie. Jak szaleć to szaleć. Może i wyglądał idiotycznie, w tych śmiesznych spodenkach i bluzce w dziwne roboty, ale kogo to obchodziło? Jechał do Busan, odpoczywać, a nie do Mediolanu na pokaz mody.




Myślał, że być może odnalazł spokój.


Już dawno nie czuł się tak lekko. Mógł skakać, biegać i drzeć się w niebogłosy, wylewając alkohol na podłogę i jeść chipsy pełnymi garściami, nie martwiąc się zupełnie o nic.
- Heechul-ah! Piwo się skończyło! – zawołał jego kuzyn z drugiego końca pokoju, machając pustą puszką i śmiejąc się bez sensu.
- Moje jeszcze nie! – odkrzyknął i na dowód tego pociągnął ogromny łyk, po czym niemal zatoczył się do telewizora i odszukał leżący nieopodal mikrofon. – Ej, pośpiewajmy sobie!
- Głupku, nie ma piwa!
- To po nie idź!
- Ty jesteś chyba mniej nietrzeźwy – ocenił kuzyn, łypiąc na niego jednym okiem – Chyba, że się mylę i serio oprócz mnie i ciebie jest tu jeszcze jeden ty…
Heechul zaśmiał się gardłowo i wręczył mikrofon towarzyszowi zabawy.
- Zaraz wracam. Tylko nie jedz moich chipsów!
- Podpisałeś je, że mówisz, że są twoje?! – kuzyn podniósł głos.
- Polizałem każdego chipsa z jednej strony – odparł, mocując się z założeniem butów i spoglądając, jak jego kuzyn pochyla się nad stołem.
- Faktycznie… śmierdzą jak twoja gęba.
- Sam śmierdzisz – odgryzł się idol i jakimś cudem wydostał się na zewnątrz.
Chłodnawe, wieczorne powietrze sprawiło, że poczuł się jeszcze bardziej zamroczony. Miał jednak do wykonania ważną misję, więc wyprostował się i ruszył w głąb ulicy, chwiejąc się tylko odrobinkę.
- Głupi mózgu, a spróbuj tylko mi wyskoczyć z jakimiś głupimi myślami, to pożałujesz – wygrażał się sam sobie pod nosem.




Że zły czas stał się jedynie gorzkim wspomnieniem.


Od tamtego dnia wszystkie kolejne wypełnione były spotkaniami. I już prawie w ogóle nie przebywał nigdzie w samotności; zawsze towarzyszył mu jeszcze ktoś, kto wymagał poświęcenia mu uwagi.
Mężczyzna był zadowolony z takiego obrotu spraw, gdyż wszystko wydawało się iść gładko i czas płynął mu tak szybko, że nie miał nawet ochoty zajmować się myśleniem o sobie, a jeśli już, poświęcał się zajmowaniu raczej swoim ciałem niż duszą.
Zabiegany, głośny i żywy jak zazwyczaj nie zauważył, że tak naprawdę wszystkie te spotkania i tygodnie spędzone na przysłowiowym „korzystaniu z życia” były tylko kolejną z ucieczek, jaką nieświadomie podjął, a która wydawała się jednak być ucieczką skuteczną.




Że znów pełen sił i odwagi zmierzy się ze zwyczajnością.


Zapragnął pojechać do domu mimo, iż był tam jeszcze niedawno.
Ale po prostu musiał tam pojechać. Do miejsca, z którego pochodził, w którym wciąż mieszkali jego rodzice. Chciał im pokazać, że o nich myśli – oczywiście, równie dobrze mógł do nich zadzwonić, ale przecież nic nie zastąpi spotkania twarzą w twarz.
Dzień przed wyjazdem, tuż po wyjściu z miejsca odbywania służby, ochoczo wybrał się po prezenty dla rodziców. Długie godziny spędzał na zastanawianiu się, która sukienka bardziej spodoba się jego mamie i czy tata zechce zamienić swój ulubiony, ale mocno przechodzony garnitur na nowy.

Jak się później okazało, nie tylko on postanowił w tych dniach zażyć rodzinnego ciepła – jego starsza siostra też tam była. Heechul cieszył się z takiego obrotu spraw, ale był jednocześnie nieco zaniepokojony obecnością Heejin w domu.
- Noona – zapytał ją, kiedy w ciepłą, sierpniową noc, siedząc na ganku, pochłaniali kolejne kawałki arbuza – nie mówiłaś ostatnio, że szukasz nowych pracowników i nie możesz się wyrwać z Seulu nawet na moment? – zmarszczył brwi widząc, że jego siostra, mimo iż nie przełknęła jeszcze poprzedniego kęsa, wgryza się w soczysty miąższ.
Zbierała myśli. A więc było coś, co ją zaniepokoiło…
- Noona, powiedz mi. Co się stało, że tu jesteś…?
- Nic takiego, Heechul-ah – odparła w końcu. – Mama ostatnio nie czuła się za dobrze, więc postanowiłam jej pomóc… ale to nic takiego, serio.
- Mama… źle się czuła… i według ciebie to nic takiego? – mężczyzna spiorunował kobietę wzrokiem, żądając odpowiedzi, chcąc, by powiedziała mu wszystko, co wie na ten temat.
- Daj spokój, to pewnie przez te upały… a mama nie ma już dwudziestu lat – Heejin wypowiadała kolejne zdania, w ogóle nie spoglądając na brata – teraz tak będzie coraz częściej…
- Mama jest jeszcze młoda – zaprzeczył stanowczo – musisz coś przede mną ukrywać.
- Dochodzisz do dziwnych wniosków. Jesteś jakiś przewrażliwiony ostatnio – kobieta podniosła się z miejsca i zabrała talerze z pozostałościami po skonsumowanym owocu – nic jej nie jest – powtórzyła, zanim zniknęła w głębi domu i zostawiła Heechula sam na sam z nocnym niebem, w które wpatrywał się jeszcze przez długi czas, myśląc o wszystkim tym, co usłyszał od siostry i co sam zdążył zaobserwować.
- Heechullie, synku, chodź do środka, zmarzniesz… - ciepły, nieco chropowaty, kobiecy głos wydobył się po jakimś czasie z ciemności.
- Śpi? – dołączył do niego głęboki, męski.
- Tak… - odpowiedziała kobieta – przynieś jakiś koc, to go przykryję. Niech tu sobie śpi, musiał się bardzo martwić, że tak się tu zasiedział…
- Jak wtedy, kiedy był mały – przytaknął jego ojciec i poszedł szukać koca.
Tymczasem mężczyzna wcale nie spał, postanowił się jednak z tym nie zdradzać. Bardzo mocno chciał, żeby matczyne ręce, jak to miały w zwyczaju, znów odsłoniły kosmyki z jego czoła i by spoczął na nich delikatny pocałunek na dobranoc.
Nie musiał długo czekać na ten gest.
- Aigoo, mój Heechullie… - matka wierzchem dłoni pogładziła jego policzek – jesteś taki zmęczony ostatnio i taki zatroskany… jak mogłabym dokładać ci jeszcze więcej smutków, skoro masz tam u siebie ciężki czas…? – przykryła go kocem i ucałowała.
Nie wiedziała, że gdy zasunęła za sobą drzwi, w bladym świetle księżyca zabłyszczała pojedyncza łza.