wtorek, 21 sierpnia 2012

3.



Na twarzy maluje sobie uroczy substytut szczęścia. 


Przez cały tydzień nie zamykał się w ciemnym pokoju, nie zostawał sam ze sobą i swoimi myślami ani na moment, uśmiechając się do słońca jak do najlepszego przyjaciela i wesoło spacerując po sklepowych alejkach. Już dawno nie był na zakupach, od tak, tchnięty jakimś kaprysem, dziką chęcią wydania kilku won na rzeczy, które nie są mu szczególnie potrzebne, a które sprawią, że będzie wyglądał tak dobrze, jak to tylko możliwe.
Pragnął kupić coś, co zamaskuje jego podejrzaną bladość i zmęczenie. I co sprawi, że poczuje się lepiej.
- W czym mogę służyć? – usłyszał przyjazny głos ekspedientki. Westchnął. Zazwyczaj pracownice tego typu butików, do którego właśnie wstąpił, nie narzucały klientom swojej obecności, ale ta albo była tutaj nowa… albo liczyła na to, że on, bądź co bądź idol, poświęci jej odrobinę uwagi.
Wziął głęboki wdech i uśmiechnął się najdelikatniej i najprzyjaźniej, jak tylko potrafił.
- Potrzebuję garnituru, takiego na lato… - spojrzał na siebie w lustrze – może w jakimś pastelowym kolorze…?
Kobieta kiwała głową tak ochoczo, jakby od tego zależało jej życie.
- Co pan myśli o bladym różu? – podsunęła mu delikatny materiał, który natychmiast od niej odebrał, nie omieszkując musnąć jej dłoni opuszkami palców. Uniósł lekko prawy kącik ust, z satysfakcją przyglądając się, jak na twarz kobiety wpływa delikatny rumieniec.
A więc jej się podobał… więc nie stracił jednak tego czaru i uroku, który przyciągał do niego kobiety; był święcie przekonany, że zniknął wraz z jego pewnością siebie.
- Nie będę w tym wyglądał jak nieboszczyk? – przyłożył marynarkę do ciała.
- Pan, jak nieboszczyk? Ależ skądże! – ekspedientka zaprzeczyła z całą mocą.
- Tak czy inaczej, różowy nie. Może słomkowo żółty? – zaproponował, szukając wzrokiem odpowiedniego odcienia.
- Jak pan sobie życzy – podała mu garnitur w tym kolorze, ukrywając swoje niezadowolenie. Ale on i tak je zauważył.
- Według pani nie będę w tym dobrze wyglądał? – postanowił się z nią odrobinę podroczyć.
- Ależ skądże, na pewno będzie panu pasować… z nieco jaskrawszą koszulą.
Westchnął. Mógł się tego spodziewać. Niezależnie od tego, kim jest, wciąż należy do jej klienteli i jej zadaniem jest wcisnąć mu jak najwięcej rzeczy.
Normalnie zbyłby ją kilkoma słowami i sam wybierałby stroje, ale tego dnia stwierdził, że dlaczego by miał nie posłuchać czyjejś sugestii… raz na jakiś czas można się poświęcić. Szczególnie, kiedy człowiek za wszelką cenę stara się nie myśleć o niczym.
Przebierał się i przyglądał się swoim kolejnym odsłonom w ogromnym lustrze. I pozwalał, by tamta kobieta decydowała za niego. 
Czuł się jak dziecko wybierające się na zakupy z mamą, ciche i posłuszne jej wyborom. Tak niecodziennie.
- Wezmę ten zestaw – oznajmił po niemal godzinie, stwierdziwszy uprzednio, że wystarczy siedzenia w jednym sklepie. Pożegnał się i posyłając ekspedientce całusa, ruszył przed siebie.
„Udawanie szczęścia też jest całkiem niezłe” – stwierdził.





Tylko po to, by po chwili pomylić go z tym prawdziwym.


- Ahjumma! – wykrzyknął, po czym mocniej ściskając torby z zakupami, podbiegł do małego, ulicznego stoiska z ddeokbokki, przelotnie oblizując usta.
- Aigoo! – starsza pani dotknęła swoich policzków, wyraźnie zaskoczona wizytą mężczyzny. – Chłopcze, gdzieś ty się podziewał! Ile to już lat minęło, odkąd byłeś tu ostatnio? – zastanawiała się, gestem nakazując mu, by usiadł.
- Co najmniej pięć, ahjumma.
Kobiecina uśmiechnęła się delikatnie.
- Wciąż mówisz do mnie ahjumma, a ja spokojnie mogłabym być twoją babcią, dzieciaku – pogroziła mu palcem, śmiejąc się pod nosem i podając mu porcję jedzenia. – Wciąż nie jesz gorących rzeczy, prawda?
Kiwnął głową.
- Nieprawda, jak taka piękna i młoda kobieta miałaby być w takim wieku, żeby być moją babcią? – prawił jej komplementy, nawet tego nie zauważając.
Rozejrzał się dookoła; okolica nie zmieniła się ani trochę, odkąd przyszedł tu po raz pierwszy, tuż po przesłuchaniu do SM… każdy jej metr był wypełniony wspomnieniami… Znów wydawało mu się, że ma kilkanaście lat i jest tym samym zadziornym, radosnym Heechulem, co wtedy…
- Nie gadaj głupot, mnie nie nabierzesz na takie gadki, ja wiem, jakie z ciebie jest ziółko, widziałam cię kilka razy w telewizji – staruszka żartowała sobie z niego w najlepsze, ciesząc się z ponownego spotkania.
- Przyłapałaś mnie, ahjumma… - zrobił smutną minę – i co teraz?
- Dzieciaku… - uśmiechnęła się – zjesz jeszcze jedną porcję mojego ddeokbokki, bo widzę, żeś jakiś taki mizerny… jesteś chory?
Zmartwienie w jej głosie sprawiło, że w sercu mężczyzny coś drgnęło.
Ale co miał jej odpowiedzieć? Że sam nie wie, jaki jest powód tej jego mizerności?
- Nie, z moim zdrowiem wszystko w porządku. Tylko tak jakoś… chyba jestem zmęczony.
- No jak to? – nie dowierzała – Ludzie mówią, że ostatnio jak odbywasz tę służbę publiczną, to masz mniej zajęć…
Wzruszył ramionami.
- Może ty się zwyczajnie nudzisz? Powiedz mi dzieciaku, masz ty kogoś?
Nie od razu zrozumiał, co kobieta miała na myśli i początkowo chciał powiedzieć, że oczywiście ma wielu przyjaciół, z którymi spędza czas, ale kiedy pojął sens jej słów nie mógł zrobić nic innego, jak tylko zaprzeczyć.
- Aj, dzieciaku, baby ci trzeba, swoje lata już masz… dzieciaki mojego najmłodszego syna są w przedszkolu, a ty wciąż się obijasz… - mimo, iż ahjumma podtrzymywała radosny ton i uśmiechała się pogodnie, on nie mógł odebrać tego jako przyjazny, nic nie znaczący przytyk.
Skrzywił się, ale nie chcąc zniszczyć tej atmosfery, mruknął coś niewyraźnie pod nosem i dokończył jedzenie. Myślał, że gdy tutaj przyjdzie, tego typu komentarze nie będą miały miejsca, nawet w żartach. I pomylił się, po raz kolejny. 
Miał wrażenie, że cały świat jest przeciwko niemu, że atakuje go z każdej strony i to bez ostrzeżenia.
I mimo, że ze wszystkich sił starał się od tego uciec, nigdy mu się to nie udało.
Jak w pułapce, z której nie ma wyjścia…




By znów oderwać się od samego siebie. 

Miał już wracać do domu, kiedy w kieszeni zabrzęczał jego telefon.
„Nie masz ochoty się spotkać, hyung? Znalazłem ostatnio świetny lokal.” – odczytał wiadomość od Geunsuka.
„Wróciłeś już z Japonii? Co tak szybko?”
„Stęskniłem się za tobą, hyung!”
– mężczyzna roześmiał się, stojąc na środku ulicy i przyglądając się wiadomości od młodszego kolegi. Wiedział, że jego słowa są oczywistym kłamstwem, że tak naprawdę jego towarzystwo nikomu nie było ostatnio na rękę… Bo nie potrzebowali tej przygaszonej części Kim Heechula, ale tej rozrywkowej. I na siłę próbowali go rozerwać na milion różnych sposobów. Czyżby Geunsuk dołączył do tej zgrai idiotów, która myślała, że to coś pomoże…?
„Dobra, dobra. Przyznaj się po prostu, że wszyscy cię zostawili i nie masz z kim pić.” – odpisał niemal natychmiast.
„Hyung, jak możesz w tak okrutny sposób odrzucać moją miłość?!”
„Nie narzekaj jak głupia nastolatka. Podaj mi adres… Zaraz będę, nie pij więcej i nie rozbieraj się przy niewinnych ludziach. Czaisz? ŻADNEGO STRIPTIZU W LOKALU I JEGO OKOLICACH.”
„Hyu~~~~~~~~~~ng, kocham Cię!!! Okej, poczekam aż przyjedziesz i zrobię Ci prywatne show!!! Hyung jest najlepszy!!!”

Heechul uderzył się otwartą dłonią w czoło. Było gorzej niż przypuszczał; Tamten debil najwyraźniej pił już od dłuższego czasu i najwyższa pora, żeby go stamtąd zabrać, skoro nikt inny się do tego nie kwapił. Sprawdził czy ma wystarczająco gotówki, by zapłacić pracownikom lokalu za milczenie oraz ewentualne zniszczenia i ruszył przed siebie.

Pomieszczenie, do którego wszedł, stylizowane było na późne lata siedemdziesiąte; gdzieś w głębi jakiś utalentowany chłopak siedział na wysokim krześle i grał na gitarze.
Przez chwilę rozglądał się dookoła, szukając znajomej sylwetki, ale chwile później poczuł czyjąś brodę na swoim obojczyku.
- Hyuuuuung… - przywitał go młodszy, mocno zachrypniętym głosem.
Heechul skrzywił się; ostra woń alkoholu i papierosów drażniła jego zmysł węchu.
- Miałeś przestać tyle palić… - syknął, strząsając głowę artysty z ramienia – a nie zacząć jeszcze więcej.
Geunsuk czknął i uśmiechnął się przepraszająco.
- Przygotowywaliśmy z Big Brotherem nowy koncert Team H i jakoś tak.
- Nie tłumacz mi się, nie jestem twoją matką. Ale nie dzwoń potem i nie narzekaj na płuca – starszy spojrzał na swojego przyjaciela, który głupio się do niego uśmiechał i postanowił, że nie pozwoli mu więcej wypić. – Chodź, człowieku, zawiozę cię do domu.
- Ale hyung, nie napijesz się ze mną? – zrzedła mu mina.
- Zapomnij. Jutro rano muszę być w biurze.
Geunsuk prychnął.
- Jakiś ty się zrobił poważny, hyung. Wcześniej takie rzeczy ci nie przeszkadzały…
- Wal się – warknął i odwrócił się na pięcie, ale po chwili zmienił zdanie. – Masz trzy minuty, żeby stąd wyjść, potem zostawiam cię na pastwę losu.
Z zadowoleniem obserwował, jak tamten dopija swoje piwo i kieruje się do wyjścia.
- Jestem – próbował stanąć prosto i zasalutować, ale poddał się, nie mogąc złapać równowagi.
- Widzę. Poczekaj na zewnątrz, ale nie tańcz przed przechodniami. Nie zamierzam cię potem tłumaczyć na posterunku – Hee pobiegł szybko do kasy, uregulować rachunek za przyjaciela, któremu nie przyszło to nawet do głowy.
Wybuchnął głośnym śmiechem, kiedy zobaczył Suka, który stał oparty o jakiś słup i machał szaleńczo głową, podśpiewując coś pod nosem.
- Hyuuuung – podbiegł do niego – to jedziemy do mnie, tak?
Kiwnął głową i złapał im taksówkę. Z pomocą kierowcy udało mu się zapakować, nagle pełnego sprzeciwu, kolegę do środka.
Nie minęła nawet minuta, jak młodszy oparł głowę na jego ramieniu i zaczął rozpinać guziki swojej koszuli.
- Hyuuuuuung, gorąco – jęknął, po czym, nieświadomy zagrożenia, sięgnął do jego guzików.
Heechul uśmiechnął się chytrze. Skoro tamten chciał zabawy, to będzie ją miał.
- Ach, mój dongsaeng jest dziś na mnie strasznie napalony – mruknął mu na ucho, po czym delikatnie pogładził go po policzku – poczekaj aż dotrzemy na miejsce… - popukał jego usta opuszkiem palca i oblizał wargi koniuszkiem języka, próbując się nie roześmiać. Kątem oka widział też konsternację taksówkarza – Spokojnie, ja się tylko z niego nabijam – oświadczył, zasłaniając jednocześnie uszy swojemu towarzyszowi.
- Hyuuuung… - Geunsuk przybliżył twarz do jego tak, że prawie stykali się nosami – co zamierzasz…? – próbował skupić wzrok na starszym, ale jakoś nie potrafił.
- Zobaczysz… - ciągnął dalej, przysuwając twarz jeszcze bliżej. Rozchylił wargi i udawał, że przymyka oczy.
- Hyuuuuuuuuuuung, zamierzasz mnie pocałować?
- Mhm – szepnął, po czym odepchnął od siebie kolegę i zaczął się śmiać – chyba po moim trupie, człowieku. Nie jesteśmy na scenie.
- Hyung… dlaczego mam wrażenie, że wykorzystasz to kiedyś przeciw mnie…?
- Cóż, mogłeś nie pisać, żebym przyszedł – podsumował, uśmiechając się.




Ale to napełnia jego serce jeszcze większym cierpieniem.


Oparł się o parapet i złapał za koszulę w okolicy serca. Łapał powietrze łapczywie, jak ktoś, komu go nagle zabrakło.
Kiedy znalazł się w ciszy własnego pokoju, kiedy opadło z niego wszystko to, co przeżył tego dnia, zabrakło mu tchu.
Nie wiedział, że zachowywanie się „jak zawsze” będzie czymś tak męczącym i że powrót do domu niemal go oszołomi, tak skrajnie różne było to, co pokazywał, a co czuł w samym środku.
Powolutku osunął się na ziemię, za wszelką cenę próbując wyrównać oddech.
W mroku dostrzegł dwoje kocich oczu, intensywnie w niego wpatrzonych.
- Heebummie… - wyciągnął ku nim rękę, przywołując zwierzę do siebie, by za moment schować twarz w jego miękkiej sierści. – Heebummie, co się ze mną dzieje…?
Kot poruszył się niespokojnie, kiedy poczuł na swoim grzbiecie coś wilgotnego.
Jego pan znów płakał…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz